Menu

Wywiad z ks. Konradem Hasiorem

Ks. Konrad i parafianie

Salve Regina nr 1/2009 (wrzesień) 

W ogłoszonym przez Papieża Roku Kapłańskim o kapłaństwie, trudach życia parafialnego i wyborach życiowych rozmawiamy z księdzem Konradem Hasiorem – nowym wikariuszem naszej parafii.

Został ksiądz wyświęcony 3 lata temu. jak do tej pory podoba się księdzu kapłaństwo?
Bardzo mi się podoba. Na pewno jest zupełnie inaczej niż się spodziewałem. Każda parafia stawia nowe problemy i wyzwania. Te trzy lata minęły i jestem pewny, że za kolejne trzy lata zupełnie inaczej będę widział kapłaństwo. Jest dwóch autorów godnych polecenia świeckim, chcącym zrozumieć kapłaństwo: pierwszy to Bruce Marshall i jego dzieło Ale i oni otrzymali po denarze, a drugi to Jan Grzegorczyk i wszystkie jego Przypadki Księdza Grosera. Myślę, że obie książki razem dają przybliżony obraz tego, czym jest kapłaństwo i jak wygląda ono z bliska.

Powiedział Ksiądz, że kapłaństwo okazało się zupełnie inne. Jest łatwiej czy trudniej niż się Ksiądz spodziewał?
Dużo trudniej.

A co jest najtrudniejsze w kapłaństwie?
Wierność. Bo od szafarzy wymaga się, żeby każdy z nich był wierny. Jest pewien ustalony model, którego trzeba się trzymać. Kapłaństwo to, jak powiedział Jan Vianney, umiłowanie Serca Pana Jezusa. To znaczy, że muszę przede wszystkim kochać Pana Jezusa. To nie polega na czynieniu wielkich akcji i rewelacji. Najważniejsze jest skupić się na Panu Jezusie, bo wtedy mogę kogoś pociągnąć za sobą i pokazać mu moją drogę ku Niemu. Z tego, jak ja kocham Pana Jezusa rozliczy mnie tylko On, a tutaj pracuję z ludźmi, którzy mnie rozliczają z tego, co robię dla nich. I sztuka polega na tym, żeby te dwa światy jakoś połączyć. Kłopot jest taki, że ja jako człowiek mam pokusę, żeby się skupić bardziej na tym ludzkim aspekcie niż na Panu Jezusie. I zaczynam się bardziej starać, robić dobrze swoje i widzieć nieprawidłowości u innych, do których chcę się odnieść - najlepiej nie oceniać, nie potępiać i robić swoje, ale w tym momencie leci mi relacja z Panem Jezusem. I wtedy to ja popadam w jakieś nieprawidłowości wewnętrzne. I zamiast walczyć z nieprawidłowościami zewnętrznymi, muszę walczyć z tymi swoimi wewnętrznymi. Tylko, że z tymi zewnętrznymi walczyć jest dużo łatwiej, a tu chodzi o to, żeby się skupić na pracy nad sobą, a nie na naprawianiu świata. Według mnie to jest właśnie najtrudniejsze: jak tu naprawiać świat, a nie brać się za siebie? Ja muszę najpierw wziąć się za siebie, żeby lepiej służyć innym.

Czy seminarium przygotowuje do pracy w parafii?
Myślę, że ma taki zamiar i stara się bardzo. Ale nie można do końca odpowiedzieć na to pytanie, bo myślę, że jednych przygotowuje, a innych nie.

A księdza przygotowało?
Z mojej perspektywy to już w seminarium było zupełnie inaczej niż ja to sobie wyobrażałem. Myślałem, że stanę w szeregu idealistów, których wolą jest naprawiać świat dla Chrystusa, a okazało się, że muszę uczyć się, że „byt jest, a niebytu nie ma”, ścierać korytarz i o 22.30 gasić światło. Jednak czas, który przeżyłem w seminarium i to, czego tam doświadczyłem, było podstawą, na której budowałem moje wchodzenie w poprzednią parafię i buduję wchodzenie w tę parafię, z całym bagażem doświadczeń, przez który postrzegam rzeczywistość. Dzięki temu, co działo się w seminarium i dzięki temu, co przeżyłem w poprzedniej parafii, mój bagaż doświadczeń powiększył się i wchodzę z nim w obecne realia.

Kiedy świadomie zaczął ksiądz zastanawiać się nad kapłaństwem?
Było to jakoś w trzeciej klasie szkoły średniej, kiedy zacząłem zajmować się dziećmi z rodzin patologicznych. To było w Domu Ojca Ignacego - świetlicy środowiskowej sióstr Loretanek na Pradze. W czasie kiedy tam przychodziłem i zajmowałem się tymi dziećmi, wszystko mi się przewartościowało. Zobaczyłem, że mogę się od nich wiele nauczyć i stwierdziłem, że chciałbym się jakoś z tym środowiskiem związać. Zobaczyłem, że nie ma co dzielić rodziny na tzw. patologiczne i na tzw. normalne, że w każdej rodzinie jest coś do poprawienia i w każdej rodzinie jest możliwość dojścia do świętości. Pojawiło się pytanie: dlaczego tym rodzinom nie pomagają księża? Wiem, że to pytanie mogło być niesprawiedliwe. Mam świadomość, że przecież wielu księży ofiarnie pomaga ludziom w drodze do Boga. Zrozumiałem, że moim powołaniem jest bycie jednym z nich.

Jaki ma ksiądz pomysł do zrealizowania w tej parafii?
Może to zabrzmi głupio, ale chciałbym po prostu pełnić wolę Bożą. Muszę się też zająć pracą nad sobą. Jak wstaję rano, modlę się i medytuję. Dzięki temu mam podbudowę duchową, z którą wchodzę w kolejny dzień. Przez to chciałbym zbliżać się do Pana Jezusa. 
 

A jakiś plan działania związany z parafianami?
Chciałbym, żeby jak najwięcej ludzi z tej parafii poszło do nieba. Więc jako ksiądz przede wszystkim muszę odprawiać Msze święte i spowiadać. I chciałbym, żeby jak najwięcej ludzi chciało przychodzić na Msze i do spowiedzi, przyjmowało inne sakramenty. Muszę być lekarzem, a nie sędzią. Chciałbym, aby wszystkie podjęte przeze mnie działania, prowadziły innych do spowiedzi i do Eucharystii.

Rozmawiały: Justyna Czarnecka i Marysia Pawlik

 

 

Wywiad z ks. Mariuszem Wedziukiem

Ks. M. Wedziuk pomaga w parafii

Salve Regina nr 2/2009 (październik)


Rozmowa z ks. Mariuszem Wedziukiem, rezydentem naszej parafii, dyrektorem programowym Radia Warszawa – radia Diecezji Warszawsko-Praskiej

 

Jest ksiądz w naszej parafii od ponad roku. Czy zdążył się ksiądz już zintegrować z parafianami i bliżej poznać anińską społeczność?  

Myślę, że najlepszą okazją do zapoznania się z parafianami była wizyta duszpasterska zwana popularnie Kolędą. Wówczas, nawiedzając poszczególne rodziny, modląc się z nimi, rozmawiając na różne tematy, mogłem lepiej poznać parafian i to, czym żyją. Przez pierwszy rok pracy w parafii posługiwałem jako kapelan w Instytucie Kardiologii w Aninie. Wówczas szpital był moim głównym miejscem pracy, w parafii zaś posługiwałem w miarę moich możliwości, odprawiając Msze święte, sprawując posługę sakramentalną. Tak więc w codziennej pracy nie miałem zbyt dużego kontaktu z parafianami, ale przez okres ponad roku mogłem poznać wiele osób stanowiących  tę parafię.

 

Czy praca w szpitalu była dla księdza cennym doświadczeniem? 

Uważam, że każdy ksiądz na pewnym etapie kapłaństwa powinien takiej posługi doświadczyć. Pełnienie funkcji kapelana w szpitalu to praca „na pierwszej linii frontu”, ponieważ łączy się ona z  bezpośrednim kontaktem z ludźmi udręczonymi cierpieniem, przeżywającymi dramaty życiowe. Praca
w Instytucie Kardiologii miała jakby charakter całorocznej kolędy, ze względu na to, że chodziłem od pokoju do pokoju i spotykałem bardzo różnych ludzi, modląc się wspólnie
z nimi i rozmawiając. Byli chorzy, którzy potrzebowali wysłuchania oraz wsparcia i cieszyli się z odwiedzin, ale byli też i tacy, którzy podchodzili do mojej posługi wrogo lub obojętnie. Praca w szpitalu była dla mnie cennym doświadczeniem, które zapewne będzie procentowało w dalszym życiu kapłańskim.

 

Niedawno został ksiądz mianowany dyrektorem programowym Radia Warszawa. Czy wcześniej był ksiądz związany z dziennikarstwem?

 Tak, byłem wcześniej związany z dziennikarstwem, wprawdzie nie radiowym, ale prasowym. Zanim poszedłem do seminarium, ukończyłem dwuletnie studium pomaturalne o specjalności technik-fotograf. Z zawodu więc jestem fotografem. Przez dwa lata odbywałem praktyki zawodowe
w dziale Foto dziennika „Rzeczpospolita”. Tam uczyłem się pracy laboranta i fotoreportera, oraz publikowałem swoje pierwsze zdjęcia. Następnie przez dwa lata pracowałem na etacie, w dziale Foto „Gazety Wyborczej”. Dzięki tym doświadczeniom doskonaliłem swój warsztat dziennikarski, współpracując z wieloma znanymi i utalentowanymi dziennikarzami.

 

Czy radio jest dobrym środkiem ewangelizacji?  

Nie tylko radio, ale także telewizja, prasa katolicka, portale internetowe są współczesnymi areopagami, za pośrednictwem których Kościół trafia do wielu domów w jednym momencie z Dobrą Nowiną. Papież Paweł VI, w  Adhortacji apostolskiej „Evangelii nuntiandi”, napisał ważne słowa na temat znaczenia mediów katolickich w ewangelizacji: „Środki te, wprzęgnięte w służbę Ewangelii, niezmiernie poszerzają zakres słuchania Słowa Bożego i zanoszą orędzie zbawienia do milionów ludzi. Kościół byłby winny przed swoim Panem, gdyby nie używał tych potężnych pomocy”. Kościół jest wręcz zdeterminowany do używania mediów we współczesnej ewangelizacji.

Jeśli chodzi o radio chrześcijańskie, a ściślej katolickie to nie od wczoraj spełnia ono ważną rolę w procesie ewangelizacji. Pionierem i inicjatorem radiofonii katolickiej w Polsce był św. Maksymilian Maria Kolbe, który w 1938 w Niepokalanowie nadawał pierwsze programy katolickie. Radio w ogóle ma za zadanie oddziaływać na masowego odbiorcę w dziedzinie informowania, komentowania i dostarczania rozrywki.
W radiu katolickim oddziaływanie to poszerza się także
o ewangelizację. Audytywność radia sprzyja przekazowi wiary w myśl zasady Fides ex auditu [„wiara rodzi się ze słuchania”], co św. Paweł podkreślał, mówiąc „Przeto wiara rodzi się z tego, co się słyszy, tym zaś co się słyszy jest Słowo Chrystusa”. Określone formy wypowiedzi radiowej poświęcone wierze, takie jak medytacja, konferencja, świadectwo, nauczanie Ojca Świętego, czy Biskupa mogą wpływać na postawy religijne słuchaczy. Zdaniem znawców mediów katolickich radio ze względu na swoją specyfikę jest bardziej skutecznym środkiem przekazu w budzeniu przeżyć religijnych niż telewizja. Jak wiemy, radio jest tzw. medium „pomimo”, co oznacza, że radia słucha się przy wykonywaniu innych czynności (np. przy jeździe samochodem, przy sprzątaniu mieszkania), przeciwnie do telewizji, która jest znacznie bardziej absorbująca.

 

W jaki sposób funkcję ewangelizacyjną spełnia Radio Warszawa?

Funkcja ewangelizacyjna w Radio Warszawa jest spełniana na wiele sposobów. Codziennie, o 6:00 rano, rozpoczynamy dzień od modlitwy porannej, przedstawiamy patrona dnia, następnie czytana jest Ewangelia – czyta ją i komentuje codziennie inny ksiądz z naszej diecezji. Następnie przedstawiane są informacje z życia Kościoła. Codziennie o godz. 6:30 (w niedzielę o 12:30) transmitowana jest Msza Święta  z katedry św. Floriana i Michała Archanioła. O godz. 12:00 jest modlitwa południowa. O godz. 15:00 są przytaczane „Słowa Miłosierdzia z Dzienniczka św. Faustyny”, następnie przedstawiony jest skrót wiadomości z życia Kościoła.  0 godz. 21:00 rozpoczyna się tzw. „Wieczór wiary”, który obfituje w audycje ewangelizacyjne, tj.: „Ewangeliarz” (o godz. 21:02), „Wszystkie nasze dzienne sprawy” (codziennie o 21:30), „Anioły rodzinne” (we wtorki  o godz. 21:45; audycja ks. Marka Kruszewskiego dla rodzin, prowadzona na żywo) i wiele innych. Emitowane są też w ciągu całego dnia krótkie audycje ewangelizacyjne.

 

W jakim kierunku powinny rozwijać się media katolickie w naszym kraju?  

Po pierwsze media katolickie powinny być wyraziste w swym przekazie. To nie mogą być media, które wstydzą się swojej katolickości. Bywają radiostacje, mieniące się katolickimi, które w rzeczywistości kierują swój przekaz ku ludziom wątpiącym i poszukującym. Natomiast odstawieni są na bok ludzie wierzący, bo nie otrzymują oczekiwanego pokarmu  w postaci ewangelizacji. Media katolickie powinny być klarowne w przekazie:  wyraźnie katolickie, czyli powszechne i otwarte dla wszystkich.

Drugi problem, który stoi przed mediami katolickimi w Polsce to problem podzielenia mediów katolickich. Dzisiaj jest szereg tytułów prasowych i rozgłośni katolickich, nie ma natomiast jednego silnego nadawcy. Swoistym fenomenem jest Radio Maryja. Ta rozgłośnia zagospodarowała ludzi starszych, do których nikt dotąd nie kierował swojego przekazu. Dziś w obliczu problemu rozdrobnienia mediów katolickich potrzebna jest integracja, zjednoczenie sił i podejmowanie wspólnych działań. Proces scalania i dobrego funkcjonowania silnych ośrodków medialnych doskonale odzwierciedlają portale internetowe, takie jak opoka.org, mateusz.pl, wiara.pl czy Katolicka Agencja Informacyjna.

Kolejną, trzecią sprawą, na którą warto zwrócić uwagę jest problem dotarcia z przekazem Ewangelii do ludzi młodych, którzy dziś korzystają przede wszystkim z zasobów Internetu. Każde radio, które chce się rozwijać, musi myśleć o porządnym internetowym portalu i radiu internetowym. To są moim zdaniem główne problemy, z jakimi muszą zmierzyć się media katolickie w Polsce.

 

Dziekujemy za rozmowę. 

Rozmowa z Ks. Abp H. Hoserem

Ks. Abp Henryk Hoser

Salve Regina 5/2009 (styczeń)

Po Mszy Świętej w Niedzielę Św. Rodziny Ola Janowska i Agata Zdanowicz z Salve Regina zapytały Księdza Arcybiskupa  o podsumowanie głównych myśli z wygłoszonej homilii.

 

SR: Proszę Księdza Arcybiskupa, jakie przesłanie płynie do młodych ludzi z tej uroczystości Świętej Rodziny?
Ks. Abp H. Hoser: Że młodzi ludzie w rodzinie znajdą szczęście, to jest pierwsze przesłanie. I że miłości trzeba się uczyć od Pana Boga, to jest drugie przesłanie. I że miłość powinna być wierna, to jest trzecie przesłanie. Tego się można uczyć w rodzinie i właśnie od takich rodzin jakie dzisiaj widzieliśmy, którzy obchodzą 25-lecie, 50-lecie, 60-lecie życia w jednej rodzinie, w jednym małżeństwie.

 

SR: Na koniec rozmowy Ola z Agatą wręczyły ks. Arcybiskupowi film, który przygotowały z szkolnym kołem dziennikarskim KIDM na 70. rocznicę zbrodni wawerskiej. W podziękowaniu za film ksiądz Arcybiskup powiedział:

 

Ks. Abp Henryk Hoser: Dziękuję Wam za to, że jesteście twórczy, bo miłość jest też twórcza. Bez miłości nic dobrego się nie stworzy. A dzięki waszej umiejętności serca i umysłu tworzycie piękne rzeczy jak między innymi radio, czy gazetka. I ja Wam życzę, żeby w tym roku który będzie się zaczynał Wasze talenty się rozwijały, żebyście umacniały się w mądrości, w łasce u Boga i ludzi, jak to dziś słyszeliśmy.


SR: Dziękujemy za rozmowę.

Triduum Paschalne jako pierwsze i ostatnie

Salve Regina 7/2010 (marzec)

 

Rozmowa z Ojcem Benedyktynem Szczepanem Sztuką OSB, który w dniach 7-10 marca 2010 r. przeprowadził w naszej parafii rekolekcje wielkopostne.  

 

Święty Benedykt w Regule zachęca braci do ograniczenia posiłków w Wielkim Poście. Dlaczego pościmy i czy takie ograniczenia mogą nam w czymś pomóc?

Podstawowym motywem Wielkiego Postu jest, jak wiadomo, przygotowanie do Świąt Wielkanocnych -  Świąt Zmartwychwstania. Sam post jest rodzajem modlitwy wyrażonej ciałem. Wiadomo, że potrzebujemy Bożej Łaski, Bożej Obecności. W wymiarze cielesnym przyzywamy Boga poszcząc, odmawiając sobie czegoś ważnego. Święty Benedykt pozostawia tu pewną swobodę, mówi: dorzućcie coś do zwykłej służby! Co ważne, wszystkie postanowienia i ograniczenia mają być dokonane za wiedzą opata. Ktoś może postanowić największe wyrzeczenie, nie licząc się z realiami i ze swoimi obowiązkami. Przełożony może lepiej niektóre sprawy rozeznać. Tak jest do dzisiaj: mamy pewne wyrzeczenia wielkopostne, pokazujemy je przełożonemu na kartce. On wtedy je akceptuje lub nie. Wyrzeczenia są potrzebne. Człowiek w czasie Wielkiego Postu wymaga od siebie więcej. Pościmy ze względu na potrzeby duchowe, relacje z Panem Bogiem. Zauważamy, że gdy człowiek jest nasycony, za dobrą relację z Panem Bogiem może wziąć swoje dobre samopoczucie. Trzeba dodać, że w tradycji chrześcijańskiej post jest ściśle związany z jałmużną. Mnisi wiedzieli, ile sobie odmówili, i ile mają do oddania głodnym. To się konkretnie przekładało. Gdy rezygnujemy z jedzenia, mamy więcej czasu na modlitwę. Ważne, żeby post łączyć z jałmużną i modlitwą.

 

Jakie powinny być te wyrzeczenia, żeby podobały się Panu Bogu?

Wyrzeczenia muszą wiązać się z naszym życiem, z potrzebami i brakami, które dostrzegamy. Na przykład, kiedy czuję, że uczę się słabo, ponieważ za długo spędzam czasu w Internecie, wtedy postanawiam coś, co ma konkretne przełożenie w moim życiu, więc ograniczam korzystanie z Internetu. Możemy sobie postanowić na przykład, że będziemy jeść na jednej nodze, ale to jest dziwactwo! Wyrzeczenie musi być uzasadnione. Przede wszystkim zobacz, z czym masz kłopot. Jeśli masz nadwagę, to ogranicz jedzenie. Ale nie na zasadzie kuracji odchudzającej, nie jest to bowiem związane z wyrzeczeniami wielkopostnymi. Należy dołożyć motyw duchowy. Kiedy mamy niepoukładane relacje z jakimś człowiekiem, to musimy z tą osobą porozmawiać. I mimo, że nie jest to łatwe, powinniśmy to zrobić, bo Wielki Post jest czasem pojednania. W Tyńcu mamy dodatkowe modlitwy, które ofiarowujemy za kogoś potrzebującego, wyrzeczenia związane z jedzeniem, ale także ćwiczenia w jakiejś sprawności, cnocie. Wyrzeczenia powinny też ubogacać i służyć dobru wspólnoty. Muszą wypływać z wnętrza człowieka, powinny być związane z radosnym oczekiwaniem, bo „radosnego dawcę miłuje Bóg” (2 Kor. 9,7).

 

Jak chrześcijanin winien przeżywać Święte Triduum Paschalne?

Chrześcijanin powinien starać się przeżyć Triduum Paschalne jako pierwsze i ostatnie. Tak mnisi starali się przeżywać się każdy dzień; wstawali rano i mówili: Kolejny dzień został mi dany, być może ostatni. I dlatego byli stale czujni. Triduum Paschalne powinno być dla nas wewnętrznie czymś pierwszym - nowym, świeżym, bez nastawienia, że „ja już to znam”. Jednocześnie wydarzeniem ostatnim, bo nie wiemy, czy dane nam będzie jeszcze raz to przeżywać. Liturgia jest wejściem w tę rzeczywistość, która pod postacią znaków sakramentalnych się dokonuje. Należy przygotować się do Triduum Paschalnego, modlić się do Pana Boga, żeby nas poprowadził i dał ducha skupienia. Kiedyś kapłani odmawiali w ciszy krótkie modlitwy przy zakładaniu każdej z części szat liturgicznych. Człowiek wiedział, że dawcą łaski skupienia i dobrego przeżycia jest Pan Bóg. Ze swej strony mogę się tylko (albo aż) otworzyć na to, co robi Pan Bóg. A więc Triduum Paschalne jest jak najbardziej wydarzeniem Bożym, a ja muszę być jak najbardziej receptywny – otwarty i nastawiony na to, co się podczas Triduum Paschalnego dokonuje.

 

Który z elementów Triduum do Ojca najbardziej przemawia?

Niewątpliwie Wigilia Paschalna i następujące po niej ogłoszenie Świąt Wielkanocnych. To jest, jak myślę, wydarzenie centralne. Jest to apogeum Triduum Paschalnego i -  jak mawiano w starożytności -  wigilia wszystkich wigilii. Po niej w Tyńcu, w nocy, odbywa się procesja rezurekcyjna z radosną proklamacją Zmartwychwstania. Mamy Życie, którego nikt i nic nam nie może odebrać.

               

Jak Ojciec przygotowuje się indywidualnie do Triduum Paschalnego?

Staram się wcześniej trochę wyciszyć. Przed samą liturgią udaję się do kaplicy, lub do celi w celu wyciszenia. Potrzebne jest zatrzymanie się nad sensem tego, co ma się wydarzyć.

 

Triduum Pachalne powinno być tym szczególnym czasem w Wielkim Poście, kiedy poddajemy się refleksji. Ale często się dzieje tak, że te trzy dni są też poświęcone przygotowaniom do Wielkanocy. Jak należałoby pogodzić pracę fizyczną, zabieganie z przeżywaniem duchowym Triduum Paschalnego?

Rzeczywiście zazwyczaj  jest tak, że większość przygotowań porządkowych dokonuje się właśnie w tych dniach. Ludzi są wtedy przemęczeni i mają myśli zaprzątnięte pracą. Idealnym byłoby, gdyby udało się te czynności wykonać wcześniej. Ale wiemy, że czasem nie da się uniknąć pracy, tym bardziej, że te dni nie są wolne od pracy zawodowej. Myślę, że do pewnego stopnia przeżywanie Tridudum Paschalnego w klasztorze jest nieco inne. Choć trzeba przyznać, że praca jest, ale każdy z mnichów indywidualnie musi tak ją rozłożyć, by dni Triduum Paschalnego były wolne od większego zaangażowania.

 

W benedyktyńskiej regule znajdujemy takie nakazy: Nie wypowiadać słów czczych lub pobudzających do śmiechu, nie lubować się w nadmiernym lub głośnym śmiechu. Czy benedyktyni w ogóle nie mogą się śmiać?

Często ludzie myślą, że życie mnicha jest życiem ponurym i posępnym. Te słowa Reguły były reakcją świętego Benedykta na ówczesną sytuację. Do zakonu przychodzili ludzie często niewykształceni, którzy byli nadmiernie spontaniczni, nie wyciszeni. Wiemy, że bycie spontanicznym, nie jest czymś złym, św. Benedykt jednak chce zareagować przeciwko przerostom tego zjawiska, przestrzec przed pustym śmiechem. Czasem przecież mówimy tylko po to, żeby kogoś rozśmieszyć. Dla św. Benedykta wszystko co się czyni, ma mieć swój sens: tak jak post ma mieć swój sens, tak samo śmiech ma czemuś służyć. Jest czas modlitwy i czas rekreacji. Należy postępować adekwatnie do sytuacji. Znamieniem pokory jest umiejętność podporządkowania się sytuacji i miejscu, w którym się przebywa. Człowiek, któremu brakuje pokory, postępuje tylko tak, jak uważa. Znamieniem pokory jest to, że człowiek potrafi się podporządkować i nie rozprasza innych we wspólnocie. Reguła św. Benedykta wyszła obronną ręką z próby czasu – przetrwała 1500 lat! Przyjęto tę regułę, dlatego, że jest w niej umiar i roztropność – discrectio. Benedykt chce, by w każdej dziedzinie życia zakonnego tak normować życie mnicha, żeby tę roztropność i umiar zachować.

 

Jakie są trudności w  życiu zakonnym i co skłania mężczyzn do wstępowania do Zakonu Benedyktynów?

Myślę, że te dwa człony pytania łączą się ze sobą w praktyce. Najczęstszą trudnością jest to, że to co pociąga i pociągało człowieka, żeby prowadzić życie zakonne, po weryfikacji z rzeczywistością okazuje się niemożliwym do osiągnięcia – realia odbiegają drastycznie od wyobrażeń. Trudność rodzi się wtedy, gdy ideał zaczyna być konfrontowany z rzeczywistością. Ale to nie znaczy, że mamy się tego ideału wyzbyć, bo jest to niezbędne w każdym rodzaju życia. Tyle tylko, że ten ideał ma być realizowany w konkretnej rzeczywistości i z uwzględnieniem tej rzeczywistości. Można to analogicznie porównać z relacjami między chłopakiem i dziewczyną. Kiedy się poznają, jest pewne wyobrażenie, pewna idealizacja;, z biegiem czasu okazuje się, że związek nie osiąga wymarzonego ideału. Ważne, żeby umieć przyjąć to, co jest w rzeczywistości. Dla mnie najważniejsze w zakonie jest skoncentrowanie się na Panu Bogu. W życiu mniszym staramy się o bezpośrednią relację z Panem Bogiem, w rodzinie realizuje się to pośrednio - poprzez relację z innymi ludźmi zmierza się do Pana Boga. Ważne, żeby, prowadząc życie zakonne, doceniać inne formy życia i wcale ich nie deprecjonować. Przecież rezygnujemy z jednego dobra na rzecz innego. Nie sztuką jest zostawić coś, co nie jest dobrem i pójść za dobrem. Sztuką jest zostawić to, co jest dobrem i wybrać inne dobro, które człowiek wybiera jako zaadresowane do siebie. To ma być droga, na której jego dobro ma się realizować. Przez lata życia mniszego każdy dzień jest potwierdzeniem tego wyboru. Jak w wierszu: „Wybrawszy raz, ciągle wybierać muszę”.

 

Do Tyńca stale przybywają ludzie młodzi. Co ich przyciąga w życiu Benedyktynów?

Ludzie młodzi są bardziej niż starsi pełni ideału, widzą w Tyńcu miejsce, gdzie żyje się radykalnie. To ich przyciąga; specyficzna forma życia, atrakcyjna szata naszej liturgii, śpiewy, charyzmat benedyktyńskiej gościnności, bez nachalności. Tyniec jest miejscem bardzo urokliwym, w pobliżu Krakowa. Właściwy pobyt u nas powinien wiązać się z czasem indywidualnych rekolekcji, wyciszenia. Są takie osobowości w klasztorze, które przyciągają innych, np. Ojciec Leon. W naszym charyzmacie jest gościnność, ofiarujemy nasz czas, naszą uwagę i modlitwę, czyli coś niezwykle cennego.

 

Skończył Ojciec studia historyczne. Czy wybór zakonu był związany z Ojca pasją?

Historia nie była nigdy moją wielką pasją: mówię, że jestem historykiem z wykształcenia, ale nie praktykującym. Orientowałem się mniej więcej, jakie są drogi życia zakonnego, kiedy odczytałem w sobie wezwanie do życia zakonnego. A to wszystko dokonało się w ciągu jednego dnia, co dla tych, u których taka decyzja dojrzewa latami, jest nie do pomyślenia. 26 grudnia 1994 roku – w świętego Szczepana, dokonała się decyzja (tutaj jest geneza mojego imienia). Tego dnia zapadła decyzja o życiu zakonnym i wybór miejsca. Wziąłem tego dnia do ręki 1-szy tom Encyklopedii katolickiej, która jeszcze do dziś nie jest do końca wydana. Na szczęście benedyktyni są na B i byli na początku. Przeczytałem krótką charakterystykę zakonu i postanowiłem do niego wstąpić.

 

Jakie wrażenie wywarła na Ojcu nasza parafia?

Mówiąc w pewnym sensie od kuchni: relacje z księżmi miałem bardzo pozytywne. Zostałem bardzo gościnnie przyjęty, można powiedzieć w duchu benedyktyńskim, czyli czułem się jak u siebie w domu. Ze strony parafian także doświadczyłem wiele dobra, życzliwości i uwagi. Myślę, że parafia szuka swojego kształtu i tożsamości. Przez 30 lat był tutaj Ks. Prałat Kalisiak, który naznaczył parafię swoją osobowością, działo się tutaj wiele pozytywnych rzeczy. Doszły do mnie opinie o niezwykłej życzliwości i otwartości księdza Kalisiaka. Ten czas naturalnie się skończył, po tym jak powołał go Pan Bóg do siebie. Teraz nadszedł czas szukania. Co z tego wyniknie, to będzie zależało od tych, którzy w tej chwili nadają ton życiu parafialnemu.

 

Rozmawiali: A. Chołodniuk, A. Zdanowicz, 

M. Pawlik, W. Broniatwoski

 

 

Pan Bóg ponad wszystko jest miłością...

Salve Regina 8/2010 (kwiecień)

Rozmowa z siostrą Faustyną ze Zgromadzenia Sióstr Franciszkanek Od Pokuty i Miłości Chrześcijańskiej, którego dom znajduje się przy ul. Kajki 66 w Aninie.

 

Jak powstało Zgromadzenie Sióstr?

Naszą założycielką jest siostra Magdalena Damen, która w Holandii w 1835 roku założyła nasze Zgromadzenie. Powstaliśmy w Polsce jako misja prowincji niemieckiej. Obecnie Zgromadzenie ma prowincje w Holandii, w Niemczech, w Indonezji, w Brazylii, w USA oraz na placówkach misyjnych w Tanzanii, Gwatemali, Meksyku, Timorze, Filipinach i Białorusi.  W Polsce jesteśmy od 150 lat, a dzisiaj Zgromadzenie w naszym kraju liczy  ok. 160 sióstr.

 

Dlaczego właśnie w Aninie mają Siostry jeden ze swoich domów?

W tym domu [ul. Kajki 66 w Aninie] mieszkał kiedyś ks. Borowiec, który jako starszy człowiek potrzebował pomocy - nie miał nikogo, kto mógłby się nim zająć. Wtedy jedna z naszych sióstr, która pracowała w sądzie kanoniczny razem z księdzem i znała księdza Borowca, oferowała mu wraz z innymi siostrami opiekę. Siostry zajmowały się starszym księdzem, który w wyraz podziękowania podarował im ten dom.

 

Jaki jest główny charyzmat Zgromadzenia? Czym się Siostry zajmują?

 Charyzmatem Sióstr jest franciszkański duch  prostoty i służby poprzez: naśladowanie Chrystusa, bycie siostrą mniejszą, życie duchem pokuty i miłości w całkowitym zawierzeniu Bogu, zjednoczenie modlitwy i służby oraz uważanie siebie za narzędzie w ręku Boga. Z franciszkańskiego charyzmatu wyrasta kontemplacja Chrystusa Ukrzyżowanego, radykalne życie Ewangelią w Kościele i całkowite zwrócenie się do Ojca. Siostry Franciszkanki w swym życiu starają się być znakiem sprzeciwu wobec sił przemocy, nienawiści i chciwości. Wprowadzają w życie radość i pokój, braterstwo we wspólnocie i z całym stworzeniem. Podstawą naszego charyzmatu jest modlitwa i służba. Matka Magdalena w chwili zakładania Zgromadzenia praktycznie niczego nie miała, a zaczynała od całkowitego zawierzenia Bogu, początkowo zaczynała od uczenia biednych dzieci. Jako Siostry Franciszkanki od Pokuty i Miłości Chrześcijańskiej żyjemy duchowością franciszkańską. Duchowość naszego Zgromadzenia odwołuje się do św. Franciszka z Asyżu, zazwyczaj określana jest jako duchowość ewangeliczna. Franciszek był zachwycony wspaniałością Boga i stworzeń. Zakochany w Ukrzyżowanej Milości, niósł światu program ubóstwa i bycia mniejszym głosząc wszystkim "pokój i dobro". To, czym się obecnie zajmujemy zależy w głównej mierze od potrzeb i naszych możliwości. W naszej wspólnocie w Aninie znajduje się 6 sióstr i praktycznie każda zajmuje się czymś innym. Ja z jeszcze jedną siostrą pracujemy z niepełnosprawnymi, jedna siostra jest katechetką, 2 pielęgniarkami, a jeszcze jedna siostra z wykształcenia jest polonistką.

 

Imię zakonne siostry to Faustyna. Czy Siostra sama wybrała to imię?

U nas podaje się 3 propozycje imion i jedno z nich jest wybierane. Faustyna była jednym imieniem z trzech, które zaproponowałam.

 

Dlaczego właśnie to imię?

Gdy człowiek wstępuje na drogę powołania, chce zmienić swoje życie, czyta różne książki. W pewnym momencie mojego życia, nawet nie wiem jak to się stało, trafił mi do ręki „Dzienniczek Siostry Faustyny”. Nie wiem, w jaki sposób Dzienniczek znalazł się w moich rękach, ale przeczytałam go i chciałam nosić to imię.

  

Co Siostra Faustyna Kowalska swoją osobą może przekazać nam  - świeckim? W jaki sposób możemy sobie pomagać jej mądrością w życiu codziennym?

Wydaje mi się, że nie ma człowieka, z którego nie moglibyśmy czegoś czerpać. Każda osoba jest dla nas darem i zadaniem, i nie ma ludzi, którzy czegoś nie wnoszą w nasze życie. W tym kontekście należy patrzeć na każdą świętą osobę i nie tylko. Wydaje mi się, że nie jest cennym wpatrywać się tylko w jedną postać; to jest dobre, ale z drugiej strony może nas to w pewien sposób spłycić.

Wracając do Faustyny: był taki okres w moim życiu, kiedy Pan Bóg był na dużo dalszym planie. Po przyjściu do klasztoru zobaczyłam, że Pan Bóg ponad wszystko jest miłością. Pan Bóg nie chce od nas tylko tego, żebyśmy spełniali prawo, nie jest tak, że On nas przede wszystkim rozlicza z grzechów. Jego miłość, jego miłosierdzie jest ponad tym wszystkim! Nie ma grzechu, którego On by nam nie wybaczył. Nie ma rzeczy, nad którą On nie jest mocniejszy.

Nam się czasem wydaje, że to miłosierdzie to nic wielkiego, nic nowego. Ale ważny jest ten kontekst historyczny; Siostra Faustyna żyła w czasach, kiedy obraz Pana Boga jako Sędziego dominował w myśleniu ludzi wierzących; lata życia siostry Faustyny to czas, kiedy ludzie chcą się rachować z każdego grzechu, kiedy myślą, że Pan Bóg jest tylko Tym, który sądzi. Ona wprowadza pewnie novum w nasze myślenie! Ona potrafiła zobaczyć coś innego i mówić wszystkim, że to miłość jest najważniejsza, że Pan Bóg ponad wszystko jest miłością i miłosierdziem. Faustyna była prostą, wiejską, zwykłą dziewczyną, przez którą Pan Bóg chciał nam przekazać, że to nie prawo jest najważniejsze tylko jego miłość. Święta Faustyna pokazuje nam, że Pan Bóg chce przez nas pewne rzeczy robić, działać. W naszym życiu jest różnie i chodzi o to, żeby w sobie odkryć, czego Bóg od nas oczekuje.

 

Czy koronka do Miłosierdzia Bożego może nam w jakiś sposób pomóc?

Wszystko nam może pomóc, jeżeli w to wierzymy i jeśli tego naprawdę chcemy. Nie lubię nastawienia, że odmawianie modlitwy czy noszenie krzyżyka są jak talizman, magia która przyniesie nam jakąś konkretną korzyść, spełni nasze marzenia i plany. Pan Bóg jest osobowy i istotowy. Potrzebuje z nami kontaktu osobowego. Modlitwa jest zawsze spotkaniem w Miłości.

Dla mnie koronka jest jedną z form modlitwy, która pozwala mi spotkać się z Panem Jezusem. Nie jest istotne, czy to mi w czymś pomoże. Owoc jest najmniej istotny. Wiadomo, że czasem modlimy się w jakiejś intencji, ale nie wolno nam dopuszczać do siebie myśli, że jak odmówię 5 koronek to 5 dusz pójdzie do nieba albo modlitwa przed maturą zapewni mi jej zdanie. Pan Bóg chce osobowego spotkania, nie bawi się z nami w "dawanie i oddawanie". Koronka przybliża nam bolesną mękę Pana Jezusa. Jest dla mnie modlitwą, która przede wszystkim łączy mnie z męką Chrystusa i przez to jest dla mnie wyjątkowa.

 

Dlaczego właśnie w Pierwszą niedzielę po Zmartwychwstaniu obchodzimy Święto Bożego Miłosierdzia?

Pan Jezus powiedział siostrze Faustynie, że po Niedzieli Zmartwychwstania mamy czcić Miłosierdzie Boże. Kiedy Pan Jezus zmartwychwstaje, wszystkie dusze idą do nieba. Przed zmartwychwstaniem Chrystusa niebo nie było otwarte dla ludzi. Jezus przez swoje zmartwychwstania powoduje, że możemy iść do nieba, mamy prawo z nim zmartwychwstawać.

 

Rozmawiali: A. Zdanowicz, W. Broniatowski,

A. Chołodniuk, M. Pawlik

 

 

Przenikliwy wzrok księdza Jerzego

Salve Regina 10/2010 (czerwiec)

 

Rozmowa z panem Andrzejem Kosińskim, po dziś dzień lektorem w anińskim kościele. Pan Andrzej był ministrantem, kiedy posługę kapłańską w naszym kościele pełnił bł. Ks. Jerzy Popiełuszko. Przez rok uczęszczał na jego katechezy.

 

Jak wspomina Pan ks. Jerzego Popiełuszkę? Jakim był człowiekiem?

Po raz pierwszy dowiedziałem się o ks. Popiełuszce od mojej siostry, która miała z Nim religię wcześniej niż ja. Bardzo dobrze go wspominała. Moja siostra z trudnością przekonywała się do ludzi, więc kiedy przyszła do domu rozpromieniona, że jest nowy ksiądz i jest bardzo życzliwy to było to coś wyjątkowego. Ona była w siódmej, może ósmej klasie. To, co opowiadała o ks. Jerzym było bardzo ciepłe. Mało osób z jej klasy uczęszczało wtedy na lekcje religii,  więc ksiądz trochę więcej im opowiadał np.: o swoim pobycie w wojsku. Jednak nie robił tego chętnie. Nie jestem pewien, ale była u nas
w domu opinia, że ksiądz odbywał również karę karceru. Nie znalazłem jednak potwierdzenia tego faktu we wspomnieniach osób, które były  z księdzem w wojsku. 
 

A jakie są Pana odczucia?
Księdza Jerzego cechowała naturalność i pewna powściągliwość. Ks. Jerzy nie silił się na oryginalność i gwiazdorstwo. Nie był może onieśmielony, ale też nie był zbyt pewny siebie.  Lubił żartować natomiast kawały opowiadał trochę nieśmiało, bez nadęcia i oczekiwania, że zaraz wszyscy parskną śmiechem. Taka naturalność, ale też powaga. Bardziej był pogodny niż żartował i wygłupiał się. Z księży, których potem znałem, najbardziej przypominał mi Go  ksiądz Przemek Macios.


Jak wyglądały lekcje religii z ks. Jerzym? Czy były interesujące?  

Dużo z tych lekcji zapamiętałem, ponieważ ks. Jerzy starał się, żeby miały one różnorodny charakter. Nie twierdzę, że wszystkie były jakieś niezwykłe. Natomiast pamiętam, że kiedy mówił o prymasie Stefanie Wyszyńskim i o Jego pobycie w więzieniu, chyba po raz pierwszy poczułem, że nie żyję w wolnym kraju. Pokazywał nam też slajdy z obchodów Milenijnych w Poznaniu, którego biskupem był  wtedy Antonii Baraniak, a w związku z tym opowiedział pewną zabawną historię. Pamiętam lekcję
o strukturze Kościoła. Potrafił zaznaczyć, że są diecezje poza granicami kraju, że siedziba Diecezji Wileńskiej jest w Białymstoku. To uświadamiało mi, że nie jesteśmy do końca krajem niepodległym.  Najbardziej utkwiła mi w pamięci katecheza, na której ksiądz czytał wspomnienie o niepełnosprawnym chłopcu, który napisał list do sławnego piłkarza. Kiedy ten piłkarz znalazł list: "Piszę do Pana ze szpitala"  od razu chwycił za telefon. Poprosił tego chłopca i powiedział mu "Jadę do Ciebie". Zrobił to w momencie, kiedy temu chłopcu już tak dokuczano, że prosił Boga o to, by pozwolił  mu umrzeć.   W  momencie, kiedy zobaczono, że ktoś taki do niego przyjechał, pozwolono temu chłopcu zagrać w piłkę. Okazało się, że gra bardzo dobrze.  Ten chłopiec  został później trenerem i pracował z chłopcami  podobnymi sobie(miał jakąś formą upośledzenia). Pamiętam też katechezę, kiedy ksiądz przyniósł nam program o Męce Pańskiej. Były tam  nagrane dialogi i slajdy, których tematem były ostatnie dni życia  Jezusa. Nie pamiętam, żeby ks. Jerzy zdenerwował się, natomiast umiał bardzo poważnie zwrócić uwagę komuś, kto się źle zachowywał. Czułem wobec niego coś w rodzaju respektu.

 

Jak zareagował Pan na wieść o śmierci ks. Jerzego Popiełuszki?
Najpierw to było porwanie, potem złapano sprawców i z dnia na dzień wszyscy mieli coraz mniej nadziei na to, że ks. Jerzy  ocaleje.  Pamiętam, że jak tamtego dnia  wróciłem do domu, mama była spłakana. Powiedziała, że właśnie znaleźli księdza. Następnego dnia z dwoma koleżankami pojechaliśmy do kościoła św. Stanisława Kostki i zobaczyliśmy, że  przy parkanie stoi mnóstwo palących się zniczy. Było to jedyne miejsce, gdzie te znicze można było postawić, ponieważ taki był tłum w Kościele i na dziedzińcu.  Pamiętam, że tego dnia było czytanie o ziarnie rzuconym w ziemię. Pamiętam, że ksiądz mówił kazanie o ziarnie rzuconym w wodne odmęty. Pamiętam, jak powiedział:” Pracownicy służb bezpieczeństwa, którzy teraz nagrywacie  słowa tej mszy na  taśmę magnetofonową, powiedzcie tamtym  trzem, że niesiemy im nasze przebaczenie”. Prenumerowałem wtedy "Przegląd Katolicki" i pamiętam ten nagłówek wzięty z wiersza księdza Twardowskiego "Spieszcie  się kochać ludzi". To tyle, co czułem.

 

Jak Pan myśli, dlaczego słowa księdza Jerzego były przekonujące i dlaczego ludzie go tak kochali?

Na ten temat wypowiedziało się wielu ludzi mądrzejszych ode mnie. Myślę, że zawsze, jeśli ludzie kogoś słuchają, to bierze się to z modlitwy. Że zazwyczaj słucha się człowieka, który jest blisko Boga. Wtedy ksiądz Jerzy był księdzem, który rzeczywiście potrafił mówić w imieniu tych, którym w tym momencie odebrano prawo głosu. Myślę, że mówił wtedy dokładnie to, co trzeba było powiedzieć. Z tego, co mi opowiadano, ksiądz Jerzy w czasie odprawiania mszy za Ojczyznę chyba niezwykle dojrzał. Siła i niezwykłość tych kazań nie wynikały chyba  z ich aktualności.  Pamiętam, że kiedy byłem na kursie lektorskim  ksiądz Wiesław Kądziela powiedział, że księża, którzy przyszli po księdzu Jerzym mówili dużo mocniejsze kazania, dużo ostrzejsze. Natomiast ksiądz Jerzy zdobył uznanie nie przez to, że mówił bardzo mocne słowa, tylko zupełnie z innego powodu. Może to, co mówiłem na początku, że mówił to, co właśnie wtedy trzeba było powiedzieć. On się skupił na Ewangelii, na nauczaniu Prymasa Wyszyńskiego i na nauczaniu Ojca Świętego. Potrafił z tego wyciągnąć jakąś niesamowitą syntezę. Myślę, że to wszystko musiało wyrastać  jednak  z modlitwy.

Jaki wpływ miał ksiądz Jerzy na Pana? I jakie sytuacje Pan pamięta?  

Ksiądz Jerzy przyjmował mnie do ministrantów i uczył mnie przez rok religii.  Pamiętam, że ksiądz Jerzy był  bardzo wymagający. Kiedy nie przyszedłem raz na dyżur, wezwał moją Mamę na rozmowę, która oczywiście skończyła się bardzo sympatycznie. Parę razy miałem takie sytuacje, że nie służyłem do Mszy, natomiast byłem w kościele. Raz ksiądz Jerzy zbierał na  tacę, zobaczył mnie, popatrzył mi w oczy i poważnie zapytał: "Gdzie jest miejsce ministranta"?, po czym powiedział "Usprawiedliwisz się na zbiórce". A ja myślałem, że się spalę ze wstydu. Później z latami coraz bardziej doceniałem to co on zrobił, również co zrobił dla mnie. Zacząłem doceniać, że był tutaj, że mogliśmy słuchać jego kazań, jego nauki, że mogliśmy coś czerpać z jego osobowości. Czasami myślę sobie, że On dalej patrzy na mnie tym swoim przenikliwym wzrokiem i  myślę wtedy, że nie zawsze  jest ze mnie zadowolony. Wierzę jednak, że mi w jakiś sposób pomaga, tak jak wierzę, że pomaga mi ksiądz Wiesław Kalisiak, nasz proboszcz, i ojciec Placyd Galiński.

 

Co ksiądz Popiełuszko mógłby przekazać dzisiejszej młodzieży? Czy mógłby coś ważnego powiedzieć, coś doradzić?  

Trudne pytanie. Nie wiem, czy ksiądz wobec dzisiejszej młodzieży jakoś zmieniłby swoje nauczanie. Bo Ewangelia się nie zmienia.  Trudno powiedzieć, myślę, że na pewno w jakiś sposób próbowałby podjąć wyzwanie i sprostać poczuciu zagubienia współczesnego człowieka, zwłaszcza zagubieniu człowieka młodego.


Rozmawiali: M. Miros (z Mamą), A. Zdanowicz (z Mamą), W. Pawlik

 

 

Sonda

Czy masz już na swojej półce książkę "Dwa Jubileusze" o historii naszej parafii?

tak

nie

nie, ale zamierzam


Z życia parafii

Licznik

Liczba wyświetleń:
14215938

Wyszukiwanie