Program... ma Pan Bóg!

Ks. Adam Kurowski

Salve Regina 11/2010  (wrzesień)

 

Rozmowa z (nie) nowym wikariuszem naszej parafii 
z ks. Adamem Kurowskim.

 

Był już Ksiądz wikarym w tej parafii. Jak Ksiądz wspomina tamten czas?  

Zanim kilkanaście lat temu przyszedłem do Anina, by posługiwać w tutejszej parafii jako wikariusz, wcześniej byłem tu już dwukrotnie. Najpierw we wrześniu 1992 r. odbywałem tu praktykę akolicką (po IV roku seminarium), potem, rok później, ponownie w Wielkim Poście jako diakon (musiałem wrócić do poprawki – ha, ha). W tamtym czasie była konsekracji kościoła. Pamiętam, jak ksiądz Prymas (Glemp) nasypał na rozgrzane w wielkim kociołku węgle jedną, ale taką dużą łychę kadzidła, potem drugą i trzecią, zrobił się ogromny kłąb dymu, a tu nagle… cały dym zniknął i pojawił się ogień. Po prostu węgle były za mocno rozgrzane (śmiech). To było 18 lat temu!

W Aninie pracowałem w latach 1993-1996. Tamten czas mojej posługi wspominam jako spotkanie z rzeczywistością (w odróżnieniu od świata nazywanego obecnie wirtualnym – w seminarium – śmiech…) i „hartowanie stali”. Była to moja pierwsza parafia. Wtedy to zacząłem dowiadywać się jak to jest naprawdę być księdzem i doświadczać działania Bożego przez najróżniejsze sytuacje. Myślę, że najbardziej przez konfesjonał i… paradoksalnie przed i na katechezie w szkole, ale wtedy, kiedy naprawdę się modliłem (śmiech). Były to dla mnie takie pierwsze (w tej formie) namacalne doświadczenia działania Bożej łaski i mocy. Do dziś pamiętam też jak pewnej soboty zostałem poproszony z sakramentem chorych do jednej „babci”, która od pięciu lat nie wstawała już z łóżka, a gdy do niej dotarłem przy udzielaniu sakramentu leżała w stanie zupełnej nieświadomości całej sytuacji. Zrobiłem „co swoje” i wróciłem do domu mówiąc przed odejściem do córki, która nie była też już „panną do wzięcia” i miała żal do Pana Boga, że mama musi się tak męczyć i nie może umrzeć, żeby nie uczyła Tego, Który wie lepiej. Na drugi – w niedzielę rano, tuz przed śniadaniem zobaczyłem tę „młodszą babcię” jak stała na dworze i gdy podszedłem do niej usłyszałem jej wzruszony głos – „Proszę księdza, mama wstała…” Uczyłem się życia na plebanii. Słynnego ojca Placyda – pierwszego po wojnie opata tynieckiego, którego miejsce zajmuje dziś ojciec Bernard (Łukasz Sawicki) – nasz parafianin – starsi trochę od was mieszkańcy Anina pamiętają do dziś. Ksiądz Michał Skibiński... przeżył zarówno ojca jak i samego proboszcza – niezapomnianego ks. Prałata Kalisiaka – dziś mieszka i ma się z tego co wiem nieźle w Domu Księży Emerytów w Otwocku. O ówczesnym księdzu proboszczu w zasadzie nie muszę wspominać – wszyscy pamiętamy jego oddanie parafii i wszystkim dziełom przy nim istniejącym do dziś. Bycie przy nim wikariuszem to niezastąpiona szkoła porządku i dyscypliny (uśmiech…). Ks. Darek – pamiętałem go jeszcze z seminarium jako starszego o cztery lata kleryka – to pierwsze doświadczenia współpracy kapłańskiej i braterskiego życia. Przymierze Rodzin i pierwsze wyjazdy z dzieciakami, młodzieżą i dorosłymi w zimę na narty. To dzięki słynnemu charakterowi szefowej – P. Marzeny Lisowskiej nauczyłem się – mimo szczerej niechęci – jazdy na nartach i wcale tego nie żałuje do dziś (śmiech…). Odnowa w Duchu św. i wspólne przeżywanie Bożej szkoły wytrwałości na modlitwie osobistej i konieczności osobistego nawracania się dla owocności apostolstwa. Pierwsza praca z ministrantami. Pierwsze rowery – te w ciągu roku i takie poważne na wakacje. Do dziś pamiętam jak chłopaki chcieli wyciągnąć mnie na wycieczkę, a ja do nich, że pojadę jak mi załatwią rower (myślałem, że dadzą mi spokój (śmiech…), a oni… przyprowadzili mi rower. Życie w Aninie to jednak nie tylko kościół, ale także pierwsza szkoła przy ulicy Kajki, potem na Korynckiej, w szkole prywatnej na Rzeźbiarskiej – do dziś pamiętam nazwisko P. dyrektor, jeśli ktoś nie zna to może je poznać w Szkole po drugiej stronie torów. Zapadły mi w pamięci pierwsze wypady z młodzieżą właśnie rowery, ale i na kajaki – z P. Andrzejem Broniatowskim, który niestety wciągnął mnie w świat wakacyjnych wyjazdów rowerowych i to przez niego marzę o nich do dziś (śmiech). Były to wycieczki pełne niesamowitych przygód, które nadają się na oddzielną rozmowę.

 

Jaka była Księdza reakcja, kiedy dowiedział się Ksiądz, że wraca do Anina?  

W tym miejscu przypomina się fragment ze skeczu Kabaretu Mumio pt. Mariusz: „Czy się nie zdziwiłem? No… zdziwiłem się!” A co do pierwszego pytania to tak jak mówiłem w niedzielę na ponowne przywitanie się z parafią: „Tamtych dzieci już nie poznam, bo wyrosły, młodzieży też nie, bo ma już swoje dzieci, a dorosłych pamiętam takich, jacy byli, bo się nie zmienili (śmiech…). Tak żartuję, ale są osoby, które doskonale pamiętam (S. Elżbieta wcale się nie chce starzeć (śmiech…) no i wydaje mi się, że jednak pojawiło się sporo nowych mieszkańców. No i przecież „nowy” proboszcz i… rezydenci. Muszę powiedzieć, że zaczyna mi się na nowo coraz bardziej tu podobać, a jeszcze jak ks. proboszcz będzie mnie puszczał do poprzedniego proboszcza w odwiedziny do Radości to… nic już nie powiem (śmiech…).

 

Ma Ksiądz jakieś pomysły do zrealizowania w  parafii?  

Kiedy przy inauguracji pontyfikatu zapytano Ojca Świętego Benedykta XVI, jaki ma program dla Kościoła w związku z rozpoczynającym się nowym pontyfikatem miał wtedy odpowiedzieć, a muszę powiedzieć ja, że tamte słowa mnie zachwyciły, że program ma… Pan Bóg. I chodzi o to, żeby się tylko dowiedzieć tego jaki? (śmiech). Jak uczy życie, Pan Bóg nie odkrywa wszystkich swoich kart od razu, więc myślę, że stopniowo będę dowiadywał się „co ja tutaj robię” i co mam do zdziałania?

 

Jakie jest kapłaństwo dla Księdza?  

Kapłaństwo mnie ciągle onieśmiela i wprawia w zdumienie. Niezmiennie doświadczam nieadekwatności swoich możliwości do podejmowanych działań, a jednocześnie widzę jak niejednokrotnie „wszystko się samo układa”. Bardzo się dziwię, kogo Pan Bóg jest zdolny do takiej roli i takiego sposobu życia wybrać. W przeżywaniu kapłaństwa niezbywalny jest Pan Bóg. Nie da się go przeżyć w sposób wyuczony.

 

Kto jest Księdza ulubionym świętym?  

No… wreszcie łatwe pytania (śmiech). Mam takich dwóch, jako, że jestem bliźniakiem (śmiech, ale nie
z bycia bliźniakiem, tylko z takiego uzasadnienia (śmiech). Mój patron (dnia mojego urodzenia) to Dobry Łotr. Pierwszy święty, którego osobiście kanonizował Pan Jezus. Jak pisał jeden z Ojców Kościoła, był on do tego stopnia zuchwałym złodziejem, że nie dość, że przez całe życie okradał ludzi, to jeszcze w ostatniej chwili wykradł Jezusowi Królestwo Niebieskie. Po nim mam to, że wciąż jestem gdzieś spóźniony (śmiech…). Drugi to żyjący no przełomie XVI i XVII wieku święty Filip Neri. Jedyny stygmatyk Ducha św. – został Nim dotknięty w postaci kuli ognistej, powiększyło mu się dwukrotnie serce (miał wyłamane jedno żebro przy mostku) i od tamtej chwili podwyższoną temperaturę ciała. Pomagał ludziom przede wszystkim w drodze do pokory. Wiedział doskonale, że bez niej nie ma nie tylko żadnej cnoty, ale zwłaszcza zbawienia i uświęcenia. Żył w sposób niezwykle pogodny i wolny, ale i ciągle ukierunkowany na Pana Jezusa i modlitewne na Nim skupienie. Modlił się tak często jak tylko mógł: „Panie Jezu, trzymaj Filipa oburącz, bo jak nie, to Cię zdradzi”. Myślę, że to bezcenna modlitwa dla nas współczesnych.

 

Czym się Ksiądz interesuje?  

Drzewami…, krzewami…, kwiatami…, czyli jednym słowem wszystkim, co zielone, no i jeszcze też wszystkim co się rusza. Zdradzę wam, ale nikomu o tym nie mówcie (śmiech), że od przedszkola marzyłem, żeby zostać… leśnikiem. Jestem genetycznie obciążony (śmiech) – mama zajmowała się zawodowo roślinami, a tata zwierzętami. W seminarium na pocieszenie pełniłem funkcję ogrodnika. Od niedawna dałem się namówić i znowu niestety wciągnąć w jazdę konną, która mnie zachwyca. A na poprzedniej parafii miałem do tego jeszcze taki basenik w mieszkaniu na… prawie 400 litrów z rybami, które w/g literatury internetowej kończą podobno najczęściej… na patelni (śmiech). No, ale tym się „upiekło”, bo trafiły w nowe, dobre ręce (śmiech). O robieniu zdjęć i kiedyś pasji do gór nie wspomnę, bo nam się zrobi oddzielny temat – kiedyś jeszcze może o tym porozmawiamy. Uprzedzę jeszcze tylko ostatnie pytanie – w końcu SALVE REGINA to periodyk młodzieżowy – ulubiony mój muzyk i piosenkarz to Sting, a ostatnio Piotr Bukartyk z radiowej Trójki, instrument to bezapelacyjnie trąbka, a muzyki słucham zdecydowanie spokojnej i do tego jednak chętnie współczesnej religijnej.

Bardzo dziękuje wam za rozmowę i cierpliwość i mam nadzieję, że wytrzymacie jakoś ze mną jako waszym opiekunem, przy okazji ja z wami (śmiech…) i że czytelnikom wystarczy cierpliwości do przeczytania tego wywiadu do końca. Jeśli nie, to nie ma straty. W końcu w życiu są jeszcze naprawdę ciekawe rzeczy do zrobienia (śmiech). I jednych i niecierpliwych bardzo serdecznie pozdrawiam. Bóg zapłać!

 

My również dziękujemy za rozmowę!

 

M. Miros, K. Bojanowska, M. Pawlik,
A. Zdanowicz, J. Czarnecka, Ł. Linowski

 

 

Organowe dźwięki i rozdźwięki

D. Pawlik w Sulechowie

Salve Regina 13/2010 (listopad)

 

Rozmowa z Dominikiem Pawlikiem, studentem II roku w klasie organów Uniwersytetu Muzycznego Fryderyka Chopina w Warszawie

 

Kiedy zacząłeś grać?

Zacząłem grać w czwartej klasie podstawówki, na początku uczyłem się przez 6 lat na fortepianie, do 2 gimnazjum. W szkole średniej zacząłem na poważnie grać na organach.

 

Dlaczego akurat na organach?

Po pierwsze, organy towarzyszyły mi od zawsze, bo tata jest tutaj organistą. To była trudna decyzja, nie było tak, że od zawsze chciałem grać na organach. Na początku podchodziłem do tego dość sceptycznie. Nie był to prosty wybór – organy czy fortepian. W końcu jednak zdecydowałem, że organy. To był dobry wybór. Z biegiem czasu naprawdę pokochałem ten instrument.

 

Na czym łatwiej Ci się gra – na organach czy na fortepianie?

Zdecydowanie na organach, bo nie jestem zawodowym pianistą. Fajne jest jednak to, że jeśli mam ochotę grać na pianinie, to na nim gram, a jeśli na organach – to na organach.

 

Jaką masz motywację do ćwiczeń?

Przede wszystkim egzaminy. Nie znam wielu ludzi, którzy ćwiczyliby dla samego siebie. Chcę też pokazać to, co potrafię, zaprezentować coś nowego. Ćwiczę też, żeby coś przygotować na niedzielę, żeby się czegoś nauczyć. Ćwiczenie samo w sobie nie jest przyjemne, jak każda nauka, wymaga skupienia i dużo czasu, ale korzystanie z tej wiedzy jest już przyjemne.

 

Jakich kompozytorów lubisz najbardziej i dlaczego?

Kompozytorów jest sporo, nie mam jednego, ulubionego. Jako organista oczywiście lubię Jana Sebastiana Bacha. Z francuskich lubię m. in. Francka. Interesuje mnie też barok jeszcze przed Bachem, np. Buxtehude. Z późnej muzyki niemieckiej lubię Maxa Regera. Każdy kompozytor ma coś w sobie, zawsze z każdego coś wynoszę. Nie lubię jednak skrajnie współczesnych.

 

W kościele są już nowe organy. Czym one się różnią od poprzednich?

Mają trzy klawiatury, gra się na nich łatwiej, bo im więcej, tym lepiej. Poza tym są też nowsze i się nie psują. Mam jednak nadzieję, że doczekamy się w parafii organów piszczałkowych.

 

Czy masz takie uczucie, słuchając czyjejś gry, ze Ty zagrałbyś to lepiej itd.?

Niekoniecznie. Jeżeli chodzę na jakieś koncerty, to na takie, gdzie jest wysoki poziom. Jeden z moich ulubionych organistów to Olivier Latry, który gra w katedrze Notre Dame. Dla mnie to jest arcymistrz, bo nie dość, że ma bardzo dobrą technikę gry, to jeszcze świetnie improwizuje. To podoba mi się we Francji, tam bardzo duży nacisk kładzie się na improwizację. I to właśnie improwizację chciałbym u siebie rozwijać. Sam też próbuję coś tworzyć, ale na razie nie pokazuję tego publicznie. Może za jakiś czas.

 

W jakich konkursach brałeś udział?

Początkowo w fortepianowych – szkolnych, dostałem też wyróżnienie w bachowskim konkursie międzyszkolnym. Na ogół nie biorę udziału w konkursach. Udało mi się też dojść do finału w ogólnopolskich przesłuchaniach organowych w 2008 roku.

 

Pieśni z jakiego okresu liturgicznego lubisz grać najbardziej?

Z Adwentu i Wielkiego Postu, zwłaszcza te wielkopostne, bo są refleksyjne. Kolędy oczywiście też, ale wielkopostne i adwentowe bardziej, bo są taką zapowiedzią, wprowadzają nastrój.

 

Gdzie koncertowałeś? W jakich miejscowościach?

W zeszłym roku grałem recital w Sulechowie, w kościele poniemieckim, na organach z 1930 roku. Może nie był to mój solowy koncert, ale grałem na zmianę z kolegą w kościele ewangelicko – reformowanym przy Placu Piłsudskiego. Grałem też okazyjnie w kościele św. Barbary i u św. Anny, w katedrze św. Jana.

 

Jakie masz plany na przyszłość i czy wiążesz je z organami?

Raczej nie będę naukowcem, staram się rozwijać i uczyć jak najszerzej, poznać jak najwięcej muzyki organowej. Na razie jeszcze nie wiem, co będę robił kiedyś, szukam swojego kierunku, oczywiście związanego z organami. 

 

Jak myślisz, co jest w życiu organisty najważniejsze?

To zależy, jakiego organisty: czy koncertującego, czy grającego w kościele. W kościele ważne jest wszystko, oprawa muzyczna liturgii i świąt, a także śpiew, choć organista powinien przede wszystkim akompaniować,
a nie śpiewać – a u nas zupełnie inaczej się to interpretuje, bo organista powinien jednoczyć ludzi przy śpiewie, który jest też formą modlitwy. Do kościoła przychodzimy po to, żeby robić coś wspólnie, modlić się. Organista powinien zachęcić ludzi  do śpiewu, na początku może być jakaś przygrywka, improwizacja w miarę prosta, żeby ludzie zrozumieli, o co chodzi. Trzeba też wiedzieć,  jaki zagrać utwór do okresu liturgicznego. Można też prowadzić chór, scholę. Pieśni niekoniecznie muszą być skomplikowane, jest dużo ładnych i prostych. Trzeba się starać, żeby msza była czymś wzniosłym. Organista nie powinien w śpiewie przeszkadzać, ale sprawić, żeby ludzie czuli się lepsi. Trzeba z szacunkiem podchodzić do gry liturgicznej. Chciałbym być organistą i takim, i takim: grać w kościele i jednocześnie rozwijać się, jeżeli chodzi o grę solową.

 

Co czujesz, kiedy grasz na organach?

Staram się ludzi zainteresować, pokazać, co potrafię. Inaczej utwór odbiera wykonawca, a inaczej słuchacz; ja jako wykonawca staram się pokazać założenia utworu, wykonać go jak najlepiej i pokazać
w nim to, co jest wartościowe. Np. Bach robił też transkrypcje utworów innych kompozytorów, m. in. Vivaldiego. Jeśli są tam np. smyczki, szybkie tempo, zmiany dynamiczne, to trzeba to pokazać. U niektórych kompozytorów jest też majestat, akordy, wtedy ważna jest ekspresja. U każdego kompozytora istotne jest co innego – staram się ludzi zainteresować 
i im to pokazać. Trzeba sprawić, żeby ludzie poczuli to, co ja. Jeżeli gram utwór skomponowany 300, 400 lat temu, to jestem jakby przekaźnikiem i muszę sprawić, żeby ludzie zobaczyli, że coś takiego zostało napisane, żeby się podobało.

 

Czy czasem jest Ci szkoda, że nie zostałeś kimś innym?

Zawsze jest takie coś, że myślę, co bym teraz robił, gdybym poszedł w innym kierunku. Myślę, jednak, że bardziej żałuję tego, że się kiedyś za mało starałem – i że gdybym wtedy więcej ćwiczył, to może byłbym teraz gdzie indziej. Bardziej jest mi szkoda tego, co kiedyś nie wyszło, niż że nie zostałem kimś innym.

 

Czy masz jakieś inne zainteresowania poza muzyką?

Interesuje mnie polityka, a raczej to, co się dzieje na świecie, sprawy społeczne. Lubię też robić zdjęcia – kiedyś wiązałem z tym przyszłość, ale teraz traktuję to jako hobby. Interesuje mnie też obróbka dźwięku, ale nie poświęcam temu zbyt wiele czasu.

 

Czy czujesz się związany z instrumentem, na którym grasz?

Oczywiście. Bardzo mnie w organach zainteresowało to, że nie ma dwóch takich samych – każde są inne, każde inaczej brzmią i na każdych się inaczej gra. Nie na każdych organach można zagrać wszystko. Jeżeli konstruktor konstruuje organy, to do konkretnej muzyki, np. jeśli gram na instrumencie niemieckim, to nie biorę się za muzykę francuską, bo taka muzyka brzmi bardzo nieciekawie.

 

Rozmawiały: M. Miros, A Zdanowicz

 

 

Rozmowa o. Bernardem Sawickim OSB

o. Bernard Sawicki OSB

Salve Regina 14/2010 (grudzień)

PO UROCZYSTOŚCI POŚWIĘCENIA TABLICY UPAMIĘTNIAJĄCEJ POBYT OJCA PLACYDA GALIŃSKIEGO OSB W ANINIE, REDAKCJA SALVE REGINA PRZEPROWADZIŁA WYWIAD Z OJCEM BERNARDEM SAWICKIM OSB — OPATEM TYNIECKIM. ROZMOWA ODBYŁA SIĘ W SALCE SCHOLI

Chcielibyśmy zapytać o Ojca Opata Galińskiego. Jak Ojciec go wspomina?
Ojca Opata poznałem w latach, kiedy początkowo przyjeżdżał do Anina, a potem tu zamieszkał. Pamiętam odprawiane przez niego Msze Święte. Ojciec Opat zwracał uwagę na dbałość o liturgię. Śpiewaliśmy ze scholą zawsze na niedzielnej Mszy Świętej 8:30, natomiast Ojciec Opat odprawiał Mszę o 10. Kiedy przechodził obok nas, to krzywił się na widok gitary. W roku 1984, na początku klasy maturalnej, jeden z moich kolegów dowiedział się, że istnieje możliwość wyjazdu do Tyńca na zasadzie „otwartych drzwi”. Wtedy ojciec Placyd dał nam adres ojca Adama Kozłowskiego, ówczesnego magistra nowicjatu. Pojechaliśmy tam w trojkę, bo poza kolegą na wyjazd załapał się także jeszcze mój brat… Ojciec Adam ujął nas swoją życzliwością. Pytaliśmy go o różne rzeczy, na przykład o to, czy zakonnicy grają w piłkę, lub mają możliwość ćwiczeń fizycznych. Dowiedzieliśmy się, że ojciec Adam jako malarz był kiedyś na stażu artystycznym w Paryżu. Odszedł dość daleko od Pana Boga, ale dzięki ojcu Placydowi przeżył nawrócenie. Postanowił rzucić malarstwo i wstąpić do Tyńca. Potem jeszcze raz byłem w Tyńcu w 1986 r. Tym razem było nas pięciu. Zwróciliśmy uwagę na styl życia zakonników, który nawiązywał do ojca Placyda. Powściągliwość, pewna godność, szacunek dla drugiego człowieka, kultura i wyczucie piękna. To wszystko było dla niego bardzo ważne. Ojciec Placyd miał duży wpływ na kształt i wystrój anińskiego kościoła. Witraż przedstawiający św. Benedykta – przy wejściu do kościoła, witraż „ognisty krzew” zwieńczający drewnianą rzeźbę wokół tabernakulum - wszystko to powstawało z jego rekomendacji i inspiracji. Był człowiekiem ogromnej wrażliwości artystycznej i wielkim miłośnikiem muzyki. Lubił Czajkowskiego, Rachmaninowa… Czasem zapraszał mnie do siebie na wspólne słuchanie muzyki. Pamiętam, że kiedy powiedziałem ojcu Placydowi, że pójdę do benedyktynów, powiedział mi: „Wiesz co, to dobry klasztor”. Potem, jak już byłem w klasztorze i przyjeżdżałem do Anina, to zawsze odwiedzałem ojca Placyda. Interesował się Tyńcem. Pytał, co słychać w klasztorze, pytał o mnichów. Będąc już w Tyńcu dowiedziałem się o ojcu Placydzie więcej, między innymi ze wspomnień Współbraci, ze zdjęć, a ostatnio z … dokumentów z IPN, do których mieliśmy dostęp. Ojciec nie miał łatwo w życiu, ale został wierny Panu Jezusowi. Tęsknota za Panem Jezusem, za pięknem ostatecznym była głównym rysem jego życia i dlatego tak oddziaływał na innych. Nie był przeciętny, nie szedł na łatwiznę i zawsze stawiał sobie wysokie wymagania. Im więcej czasu mija od jego śmierci, tym bardziej sobie uświadamiamy, że takich ludzi jest coraz mniej. Tym bardziej trzeba o takich osobach pamiętać.
 

Jakie Ojciec Placyd miał cechy, na których moglibyśmy się wzorować?
Cechą, która go charakteryzowała była dyskrecja. Niczego nie narzucał. Miał klasę, był człowiekiem dowcipnym o niezwykłej erudycji, choć nie miał stopni naukowych. Dużo czytał, także książki francuskojęzyczne, których nie było w Polsce. Miał wrażliwość poetycką, a jego homilie były mówione piękną polszczyzną. Używał jędrnych określeń, ale to nie był język wulgarny. Polecam Wam Jego hymny brewiarzowe. Dzisiaj śpiewaliśmy podczas Mszy św. pieśń, którą ojciec Placyd przetłumaczył [Redakcja: Jakże pójdziemy za Tobą, Chrystusie]. Ojca Placyda charakteryzowała też wielka niechęć, czy nawet awersja do kiczu. Do tego stopnia, że w Tyńcu wiele szat, czy naczyń liturgicznych sam projektował – lub nadzorował ich projektowanie - i dbał, by w kościele nie pojawiło się nic takiego, co by do niego nie pasowało. Był też wrażliwy na ludzką biedę. Wielu ludzi do niego przychodziło i spowiadało się. Pomagał im to w sposób bardzo dyskretny. Nie moralizował, nie komplikował. Starał się słuchać.
 

Ojciec Opat jest autorem wydanej niedawno książki: „Muzyka Chopina a Reguła św. Benedykta”. Oczywiście, znamy Ojca jako muzyka i wielbiciela Chopina, ale o co chodzi w tej książce? Co łączy Chopina ze św. Benedyktem?
Jest wiele wątków. Nasze Opactwo uczestniczyło w Roku Chopinowskim prowadząc projekt pod nazwą „Chopin mistyczny”. Książka jest rodzajem podsumowania tego wydarzenia, ale są też w niej pewne wątki osobiste. Jestem benedyktynem, ale i muzyka Chopina jest mi bliska; ćwiczę na fortepianie i gram Chopina… Odkryłem wiele takich pokrewieństw. Chopin wiele cierpiał i potrafił to pokazać w muzyce… Jest to więc sztuka bardzo ludzka. I podobnie św. Benedykt w swej Regule był bardzo bliski człowiekowi. Podobny jest też sposób przekazu. Chopin był jedynym kompozytorem romantycznym, który pisał utwory przejmujące, osobiste, ale nie były one sentymentalne, nachalne, przesadzone i przesłodzone. Potrafił zachować pewien umiar. I również św. Benedykt, u którego widoczna jest zasada dyskrecji, umiaru… Obserwując dzisiejsze czasy uważam, że sztuka może przekazać bardzo wiele treści duchowych. Kiedy człowiek nie chce słuchać moralizowania, gubi się, bo ma tyle rożnych systemów, że nie potrafi już wybierać, to jedyne co do człowieka przemawia, to piękno. W dobie rożnych bodźców, które szokują, ale nie sycą naszej tęsknoty za sensem życia, my szukamy takich miejsc, które dają nam poczucie bezpieczeństwa i dają nam pokój. I takim miejscem są klasztory, takim miejscem jest muzyka Chopina. Sto lat temu zwrócono się do opata benedyktyńskiego z Monte Cassino. To był Niemiec z pochodzenia, staruszek, schorowany i sparaliżowany mnich. Miał on powiedzieć, że kiedy jest mu trudno, kiedy jest smutny, to w takich sytuacjach sięga po nuty Chopina. Nie Mozarta, nie Bacha, ale Chopina, bo to najczystsza muzyka… I wydaje mi się, ze idąc tym tropem możemy wiele rzeczy odnaleźć i odnieść do chrześcijaństwa, które może się nam niekiedy wydawać przestarzałe. Możemy wiele się nauczyć od artystów i przenosić to na nasze życie.

Kontynuując wątek muzyczny. Jak Ojciec znajduje czas na ćwiczenie? Nie jest to łatwe, ale mamy teraz w klasztorze fortepian koncertowy marki „Petrof” i – jeśli nie ma żadnych spotkań - staram się po południu godzinę pograć na fortepianie i pół godziny na organach.

A czy Ojciec Bernard zmienił swój stosunek do gitary?
Oczywiście, że lepiej żeby była gitara niż by miało być nudno i martwo, ale trzeba pamiętać, żeby muzyka w kościele była inna od tej, która nas zewsząd otacza. Kościół zawsze był miejscem promowania wysokich standardów. Dzisiaj niestety drogi Kościoła i kultury mocno się rozeszły, co nie znaczy jednak, że mamy pozwolić na „macdonaldyzację” kultury muzycznej. Ludzie szukają w kościele nie banału, lecz rzeczy, które wymagają wysiłku i myślenia. Zamiarem ojca Placyda było to, by nasz aniński kościół zachęcał do modlitwy i do myślenia. Ołtarz w kształcie krzewu - to było wyzwanie! Są ludzie, którzy tego nie rozumieją. Ale to, co najwartościowsze i piękne, nie jest łatwe.

Dziękujemy za rozmowę!

Czas na bycie dzieckiem

p. Ewa Skiba

Salve Regina 16/2011 (luty)

 

Wywiad z Panią Ewą Skibą,
Dyrektorem Szkoły Podstawowej nr 218  w Warszawie

 

Jak dzieci z tej szkoły spędzają ferie i czas wolny?

Duża część dzieci wyjeżdża na ferie. Najczęściej uczestniczą w obozach zimowych, wyjeżdżają na narty, ale też do ciepłych krajów. Ze względu na problemy ekonomiczne w rodzinach większa część dzieci zostaje w Warszawie i jest zainteresowana zajęciami, które są organizowane w mieście. W naszej szkole około 80 dzieci uczestniczy w akcji „Zima w Mieście”.

 

Czy łatwo kreatywnie spędzać czas wolny?

Myślę, że jeżeli dziecko chce kreatywnie spędzać czas wolny, jest bardzo dużo możliwości, z których może skorzystać, chociażby w instytucjach miejskich, takich jak Ossiry, Domy Kultury, czy „Zima w Mieście”. Są też oferty zajęć prywatnych. U nas w szkole odbywają się odpłatne zajęcia kreatywne, związane z programowaniem zabawek i ich konstruowaniem.

 

Co należy zrobić, żeby dzieci nie marnowały czasu?

Przede wszystkim uważam, że nie ma pojęcia „marnować czas wolny”, ponieważ jeśli dziecko musi mieć czas na zwykły odpoczynek, na zabawę, na robienie tego, czego chce. To nie jest marnowanie czasu. Dziecko musi mieć czas być dzieckiem. Nie musi być od razu osobą dorosłą.

Szkoła organizuje ciekawe i atrakcyjne zajęcia. Myślę jednak, że spędzanie czasu z rodziną - rodzicami, babciami - ma dużą większą wartość niż spędzanie go w jakiejś instytucji. Dzieciom bardzo brakuje kontaktu z  rodziną, a zwłaszcza aktywnego bycia z rodzicami, nie przed telewizorem, ale pójścia gdzieś razem, wspólnego wyjazdu, rozmowy. W ferie jest na to czas.

 

Jak dzieci angażują się w akcje organizowane przez szkołę?

Im młodsze, tym chętniej. Młodsze dzieci lubią mieć zagospodarowany czas.  Starsi uczniowie wybierają sobie inne formy spędzania czasu wolnego – sami sobie organizują czas. Dojrzewają do tego, że sami decydują o swoim czasie wolnym.

 

Czy zauważyła Pani tendencję, że uczniowie mniej się angażują w przedsięwzięciach szkolnych i z czego to może wynikać?

Nigdy nie było tak, żeby wszyscy chcieli się uaktywniać społecznie, robić coś na rzecz innych. Jest to zawsze jakiś procent – jedno, dwoje dzieci na dwadzieścioro. Rzadko kiedy więcej. Dużo zależy od osoby, która organizuje takie działania. Jeśli jest sama jest do tego przekonana, jest pasjonatem, to łatwiej takiej osobie zachęcić dzieci. Jeśli to robi, bo taką ma rolę, trochę z przymusu, to mniej dzieci się tym zainteresuje.

Duże znaczenie ma także postawa wyniesiona często z domu, że „mi się należy”. Takie podejście przenosi się na dzieci. W takim wypadku dzieci nie mają potrzeby uaktywniania się w działalności społecznej.

 

Czy uważa Pani, że dzieci powinny spędzać czas wakacyjny, ucząc się?

Jeśli chodzi o formalne uczenie się - odrabianie lekcji, wypełnianie ćwiczeń, czytanie lektur - to zdecydowanie nie.  Jednak moim zdaniem człowiek uczy się całe życie. Wszystkie przygody na wakacjach, wszystko co przeżywa, co ogląda, nowe miejsca, nowi ludzie, nowe kontakty – to też jest uczenie się. Nie polecałabym prac domowych na wakacje, dużo lepsze byłoby aktywne rozglądanie się po świecie i uczenie się świata.

 

Co sądzi Pani o rozpoczęciu edukacji dzieci w wieku sześciu lat?

W naszej szkole sześciolatki w klasie pierwszej uczą się już drugi rok.  Z naszych obserwacji wynika, że sześciolatek w klasie pierwszej, jeśli jest gotowy do podjęcia nauki w szkole, rozwija się dużo szybciej niż sześciolatek w oddziale przedszkolnym. Dużo szybciej nabywa nowych umiejętności, ma większą otwartość na wiedzę. Dzieci sześcioletnie zaczynają się już nudzić z podstawą programową oddziału przedszkolnego, ponieważ w nowej podstawie programowej do klasy pierwszej treści z oddziału przedszkolnego zostały przeniesione do klasy pierwszej. Zazwyczaj te dzieci, które osiągnęły  szkolną dojrzałość społeczną,  bardzo dobrze radzą sobie w klasie pierwszej.

 

Jak szkoła przygotowywała się do przyjęcia sześciolatków?

Zawsze trzeba zacząć od siebie. Od tego, że nauczyciele muszą być przygotowani do pracy z sześciolatkami. Muszą to być tacy nauczyciele, którzy mają doświadczenie w pracy w przedszkolu, albo tacy, którzy ukończyli dodatkowe studia lub kursy edukacji przedszkolnej, ponieważ to wymaga zupełnie innego rodzaju pracy. Dużo też środków finansowych skierowaliśmy na przygotowanie sal dla klas pierwszych dzieci sześcioletnich. One muszą być w szczególny sposób urządzone. Muszą mieć zestaw pomocy do manipulowania przez każde dziecko, zestaw pomocy, który pomoże dziecku zrozumieć, o co nauczycielowi chodzi.  Muszą mieć też część rekreacyjną, gdzie dziecko będzie mogło się położyć, pobawić wtedy, kiedy takiej zabawy potrzebuje. Nasza szkoła jest dobrze przygotowana do przyjęcia sześciolatków.

 

Co sądzą nauczyciele o sześciolatkach w klasie pierwszej?

Na pewno dla nauczycieli jest to bardzo duże wyzwanie, ponieważ wymaga zmiany myślenia o sposobie pracy z dziećmi. Trzeba znać potrzeby i możliwości rozwojowe sześciolatka, które są zupełnie inne niż siedmiolatka. To jest inny wiek rozwojowy.  Sześciolatek potrzebuje konkretów, potrzebuje zabaw, ma bardzo krótki okres koncentracji, więc nie ma mowy o wypełnianiu ćwiczeń, nie ma mowy o długim słuchaniu. Wymaga to od nauczycieli bardzo  dużego i szerokiego warsztatu pracy i dodatkowego przypominania sobie wiadomości ze studiów.

 

Jak starsi uczniowie zachowują się w stosunku do młodszych?

Myślę, że dla  starszych uczniów nie ma to wielkiego znaczenia, czy jest to sześciolatek, czy siedmiolatek. Nie bardzo rozróżniają. Dla nich to są po prostu maluchy-pierwszaki. I tak je traktują. Na pewno będzie to wyzwanie za rok, dwa, kiedy sześciolatki będą w klasie trzeciej i będą rozpoczynały edukację w klasie czwartej. Nauczyciele klas starszych będą musieli się przygotować do pracy z młodszymi dziećmi.

 

Dziękuję za rozmowę!

Rozmawiała Agata Zdanowicz