Idziemy aby nas nie lekceważono

Ks. Henryk Zieliński

O Aninie i mediach katolickich rozmawiamy z ks. Henrykiem Zielińskim, redaktorem naczelnym diecezjalnego tygodnika „Idziemy”

Był Ksiądz dawno temu na praktykach w naszej parafii. Jak Ksiądz wspomina Anin? Byłem na praktykach w Aninie dwukrotnie, najpierw po czwartym roku, a potem po piątym roku seminarium. Stało się to w ten sposób, że ks. prałat Wiesław Kalisiak po moich pierwszych praktykach pojechał do seminarium i poprosił władze, żebym wrócił do Anina, choć obowiązywała wówczas zasada, że nie powinno się wracać do tej samej parafii. Zresztą akurat to, że trafiłem do Anina, też nie było kwestią przypadku. Ks. prałat Kalisiak znany był z dosyć ciętego języka, mnie zasadniczo też niczego pod tym względem nie brakowało, więc jak się potem okazało, władze seminaryjne dały mnie tam trochę na próbę, aby sprawdzić, czy będę w stanie współpracować z człowiekiem mającym też bardzo wyraźne własne zdanie. Było to potem sporym zaskoczeniem dla władz seminarium, że Zieliński z Kalisiakiem tak się doskonale dogadali. 

Czym Ksiądz to wytłumaczy? Mnie zwykle bardzo dobrze współpracuje się z ludźmi, którzy wiedzą, czego chcą, i potrafią to w krótkich słowach określić. Poza tym ks. Kalisiak stawiał bardzo wysokie wymagania i od razu rzucał młodego człowieka na głęboką wodę, na zasadzie: poradzisz sobie albo utoniesz. Kiedy zlecił mi wygłoszenie w Aninie pierwszego w życiu kazania, to było to od razu kazanie niedzielne. Oczywiście, przygotowując się do kazania, napisałem sobie wszystko dokładnie na kartce. Podczas Mszy ks. Kalisiak siedział w zakrystii i z szelmowskim uśmiechem powiedział: „To pokaż, kochaneczku, co ty tutaj napisałeś”. Wziął tę kartkę, czyta, czyta, a już była pora Ewangelii i zaraz trzeba było wygłosić kazanie, więc stojąc nad nim, zacząłem go przynaglać:

– Księże proboszczu, ale ja muszę już iść wygłosić to kazanie.

– Spokojnie, spokojnie.

– No, ale ja już teraz muszę wychodzić.

– No to idź, a ja będę tutaj sprawdzał, czy ty dokładnie mówisz tak, jak sobie napisałeś.

Na drżących nogach wyszedłem na ambonę i jakoś z tego wybrnąłem. Po kazaniu ks. Kalisiak przywitał mniew zakrystii słowami: „Wybrnąłeś, piorunie!”. Natomiast za tydzień wiedziałem już, o co chodzi, i kiedy ks. Kalisiak znowu mnie zapytał, czy mam przygotowane kazanie, odpowiedziałem, że mam i zostawiłem mu kartkę, wychodząc na ambonę. Różnica była taka, że kartka, którą zostawiłem, była tym razem czysta. Po kazaniu zapytałem:

– Czy teraz się już wszystko zgadza?

– Tak, wszystko się zgadza.

On bardzo dbał o to, żeby kaznodzieja miał kontaktz ludźmi, żeby się ich nie bał, a nie – wygłosił swoją kwestię, zszedł z ambony i uznał sprawę za skończoną. 

Dziś rzadko spotyka się, żeby kleryk głosił kazanie. Czy to kwestia czasów czy proboszcza Kalisiaka? Jest to pewnie kwestia głównie proboszcza, który jeśli stawia takie oczekiwania, to kleryk musi się w tych oczekiwaniach odnaleźć. Ks. Kalisiak rzeczywiście był bardzo wymagającym proboszczem. Pamiętam, jak jednemuz moich kolegów, po wygłoszonym przez niego kazaniu, wystawił taką recenzję: „Krzychu, z tym kazaniem dzisiaj to żeś trafił jak chory w kubeł!”. Były to więc czasami bardzo krótkie recenzje, także gdy chodzi o katechezę. Mnie, kleryka po czwartym roku, wysyłał nie na jakieś tam hospitacje, ale od razu na prowadzenie katechezy. Na początku odbywało się to pod kierunkiem wikarego, który siedział i się przysłuchiwał tej lekcji, a potem było to już często na zasadzie zastępstwa czy wręcz samodzielnego prowadzenia zajęć. To był jeszcze czas, gdy katecheza była w parafii i wszystkie przepisy dotyczące regulaminu szkolnego nie obowiązywały. 

Który to był rok? Pierwsze praktyki to był wrzesień 1983 r.,  potem wrzesień 1984 r. 

A potem ks. Kalisiak zaprosił Księdza do Anina na rekolekcje. Tak, w Aninie głosiłem rekolekcje także dwukrotnie. Raz jako młody wikariusz zostałem zaproszony na specjalne rekolekcje wielkopostne dla młodzieży. Później, kiedy ks. Kalisiak wiedział, że będzie musiał w Wielkim Poście pójść do szpitala, poprosił mnie, żebym poprowadził rekolekcje zarówno dla dorosłych parafian, jak i dla młodzieży z „Kąta”. To były bardzo ciekawe rekolekcje, ponieważ w tamtym czasie miała miejsce premiera filmu „Pasja”, na którym oparłem część nauk. 

Przejdźmy do tematu mediów. Pamiętamy, że ks. Kalisiak bardzo się cieszył, że powstaje diecezjalny tygodnik i tłumaczył na kazaniach, że jego tytuł nawiązuje do słów papieża: „Wstańcie, chodźmy”. Jak by Ksiądz dzisiaj wytłumaczył fenomen „Idziemy”, które kończy 8 lat? Jest to niewątpliwie ewenement na naszym rynku prasy katolickiej, dlatego że żadnemu z nowych czasopism nie udało się jakoś zaistnieć, a tym bardziej zyskać znaczenia. Udało nam się zarówno przebić przez pewne uwarunkowania rynkowe, jak i zdobyć pewną pozycję na rynku dziennikarskim. Wiem, że jesteśmy jednym z dwóch najczęściej cytowanych tygodników katolickich. Kluczem do względnego sukcesu tego tygodnika była po pierwsze jego formuła, a więc przyjęcie, że ma to być tygodnik, który ma zajmować się nie tylko sprawami wiary, ale w ogóle sprawami obecności człowieka w świecie takim, jakim on jest.  Człowiek, który kupuje ten tygodnik, ma być z grubsza poinformowany o sprawach dotyczących życia społecznego, politycznego, kulturalnego, religijnego, czy nawet sportu. Jeżeli jest to dla kogoś jedyny tygodnik, po który sięga, to chodzi o to, żeby był to tygodnik wystarczający. Druga sprawa dotyczyła tego, żeby stworzyć tygodnik, który będzie pismem na niedzielne popołudnie. On z natury nie był i nigdy nie będzie tygodnikiem bardzo obszernym ze względu na to, że jeżeli człowiek nie jest w stanie przeczytać jakiegoś tygodnika w ciągu jednego popołudnia, to ciągle mu zostaje jakiś nieprzeczytany tekst, a tu już przychodzi następny numer. Zwykle w takim momencie czytelnik zaczyna się zniechęcać i odstępuje od kupowania danego czasopisma. Wolę, żeby pozostał niedosyt, żeby czytelnik czekał na kolejny numer, niż żeby rosła mu sterta nieprzeczytanych artykułów. Kolejna sprawa to taka, że zaczynała tworzyć się swoista granica między dziennikarzami katolickimi a dziennikarzami mediów świeckich, którą staraliśmy się trochę zatrzeć. Staraliśmy się wciągnąć do współpracy jak najwięcej dziennikarzy-katolików pracujących w mediach świeckich. To, że piszą u nas najlepsi ludzie z Telewizji Polskiej, z Polsatu, z innych mediów, to dla nas kwestia tego, żeby nie dać się zamknąć w jakimś katolickim getcie. Wokół tego tygodnika tworzy się także ciekawe środowisko ludzi, którzy mają na tyle silną pozycję zawodową, na tyle mocne nazwiska, że nie można ich zlekceważyć ani obśmiać. Zasada, która nam przyświeca, polega na tym, że mogą nas szanować, mogą nas lubić, kochać albo nienawidzić. Natomiast nikt nie może nas lekceważyć. Chodzi też o to, aby czytelnik biorący ten tygodnik do ręki miał świadomość, choćby także przez nazwiska, przez grafikę, przez sposób przekazywania tekstu, że jest to pismo, którego nie musi czytać w kruchcie albo w pokoju. Jest to pismo, z którym może się pokazać na ulicy. To, co dla mnie jest wielkim wyrazem uznania, to kiedy słyszę od ludzi, że widzieli kogoś czytającego nasz tygodnik w tramwaju, autobusie, poczekalni czy u lekarza. To oznacza, że udało się wyjść z zakrystii i własnej izdebki. 

„Idziemy” to także pismo młodych. Jak inni młodzi ludzie mogą się dziś włączać w media katolickie? Wydaje mi się, że w tej chwili różnica pokoleń zaczyna mieć przełożenie bardziej na samą technologię mediów niż na treść. Mówiąc, że jest to tygodnik dla ludzi młodych, niewątpliwie jest on adresowany do młodszego odbiorcy bardziej „Niedziela” czy inne tygodniki katolickie. Natomiast mam świadomość, że prasa drukowana zaczyna być w tej chwili kierowana w gruncie rzeczy do ludzi w wieku mniej więcej około czterdziestki. Tworzyłem ten tygodnik z myślą o moich dawnych studentach z duszpasterstwa akademickiego. Jeżeli on będzie trafiał do tych, których wychowałem w duszpasterstwie akademickim, to właśnie będzie ta grupa docelowa. Mam jednak świadomość, że obecnie pokolenie młodych, czyli dzisiejszych studentów czy nastolatków, rzadko sięga po treści drukowane. Częściej sięgają oni po Internet. Jeśli chodzi więc o młodych, to wydaje się, że potrzeba aktywności w przestrzeni wirtualnej. To do młodzieży dzisiaj należy przeniesienie tego, co jest treścią naszej wiary czy zasad chrześcijańskiego życia, w tę przestrzeń, która dla nas czterdziesto- i pięćdziesięciolatków jest już przestrzenią egzotyczną.

 

Rozmawiali: Maria Pawlik i Wojtek Broniatowski

Nr 38 (448) Październik 2013.