WSPOMNIENIA PANI HANNY BENESZ

(UCZESTNICZKI PIELGRZYMKI)

 

Z Barcelony (gdzie przylecieliśmy 4 maja wieczorem) aż do Lizbony (skąd do Warszawy wracaliśmy samolotem 16 maja przed południem), po trasie naszej pielgrzymki przemieszczaliśmy się autokarami z miłymi portugalskimi kierowcami – Patrykiem i Antoniem. Dwa autokary zapełniali pątnicy z dwóch parafii p.w. Matki Bożej Królowej Polski, z Anina i Otwocka. W naszym autokarze opiekę duchową roztaczał ks. Paweł, informacjami o odwiedzanych miejscach służył nam pilot, pan Kordian – postać barwna i nietuzinkowa pod wieloma względami… 

Przeżyliśmy razem doświadczenia niezwykłego piękna przyrody i dzieł rąk ludzkich, Eucharystii sprawowanej  co dzień w innym kościele,  uspakajającej wspólnoty modlitwy podczas jazdy, ale również  emocji  różnorakiego charakteru. Te ostatnie minęły szybko, zaś w duszy pozostało owo piękno błękitu Morza Śródziemnego, ośnieżonych Pirenejów, zielonych górskich zboczy Asturii  i wyłaniających się co raz „fiordów” (tu zwanych riasami) z widokiem na kuszący dalą i tajemnicą ocean;  piękno katedr, klasztorów, malowniczych miast; radość bycia razem, rozmów i żartów podczas (bardzo smacznych!) obiadokolacji. Celem pielgrzymki było poznanie sanktuariów maryjnych na wytyczonej trasie, a jej ukoronowaniem –  uczestnictwo w papieskiej Mszy św. z  kanonizacją Świętych Dzieci – Pastorinhos de Fátima – Franciszka i Hiacynty Marto, dokładnie w setną rocznicę objawień Matki Boskiej, 13 maja.

Chronologicznie, pierwszą krainą geograficzną, od której rozpoczęliśmy nasze pielgrzymowanie była Katalonia. Zwiedziliśmy Barcelonę: bazylika Sagrada Familia, zapoczątkowana niemal sto lat temu przez Antonio Gaudiego (tam, poza fasadą południową jego autorstwa, we wnętrzu kościoła wielkie wrażenie robi krucyfiks zawieszony nad ołtarzem, z Chrystusem, który głowę unosi do góry,  jakby przez otwór w dekoracyjnym baldachimie spoglądał ku szczytowi rozjaśnionej mistycznym światłem i zarazem przesączonej przedziwną mgłą kopuły – niczym w środek Niebios); autokarowa „sightseeing tour” głównymi ulicami Barcelony na Montjuïc, skąd przepiękny widok na miasto; gotycka katedra z uroczymi krużgankami, gdzie pośród szemrzących fontann, bogatej zieleni i rzeźb swoje miejsce na ziemi mają również gęsi. Nazajutrz jedyne w swoim rodzaju przeżycie: wjazd kolejką zębatą na Montserrat, bardzo stromo, z coraz bliższym widokiem na poszczególne elementy tej „Przepiłowanej Góry”, pod  której szczytami, w przytulonym do skał benedyktyńskim opactwie, mieszka czczona od wielu wieków, słynąca łaskami czarna figurka Matki Boskiej z Dzieciątkiem. By dotknąć jabłko, jakie w prawej dłoni trzyma Madonna, stoi się w kilometrowej kolejce. My doznaliśmy jednej z pierwszych łask naszego pielgrzymowania: po Mszy św., podczas przerwy na sjestę, gdy dostęp do figurki jest zamknięty, wpuszczono nas  tam „tylnym wejściem”.

Do Lourdes podróżowaliśmy przez cały dzień, większość trasy po północnej stronie Pirenejów, z przystankiem na zwiedzanie wspaniałego średniowiecznego miasta-fortecy Carcasonne, z zachowanymi (odrestaurowanymi w wielkiej mierze) dwoma pierścieniami murów obronnych, castellum i pięknym kościołem Saint Nazaire. Na zakończenie długiego dnia, o godz. 21.00 poruszająca procesja ze świecami w Lourdes. Niezwykła mnogość rozmodlonych wiernych, migających świateł, wolontariuszy Zakonu Kawalerów Maltańskich pchających wózki z chorymi, różaniec w wielu językach świata – cud Kościoła  p o w s z e c h n e g o!  Cały następny dzień w Lourdes to pasmo łask Bożych: od Mszy w Grocie Objawień, poprzez przepiękną Drogę Krzyżową z głębokimi w swej prostocie, trafiającymi w samo jądro serca rozważaniami ks. Pawła, do popołudniowego spaceru śladami św. Bernadetty. Kolejny dzień znowu od świtu w autokarze, z przerwą na zwiedzanie Bilbao: przeczysta w swojej nieudekorowanej gotyckości katedra i muzeum Guggenheima. I znów obsypane kwieciem żarnowce biegną wraz z nami wzdłuż szosy, zatoczki wyłaniają się pomiędzy zadrzewionymi, „włochatymi” wzgórzami, bujna zieleń, chmury i błękit nieba.

Nazajutrz, podróżując w podobnym krajobrazie, docieramy do Santiago de Compostela. Przedtem Msza w kaplicy Centrum Jana Pawła II na Monte de Gozo. Rozdzielamy się na grupy – tych, którzy do Santiago chcą dojechać autokarami i tych, którzy choćby przez ostatnie 6 km chcą poczuć się prawdziwymi pątnikami. Do świętego Jakuba docieramy w rzęsistym deszczu – przynajmniej tyle z prawdziwych trudów pieszego pielgrzymowania! Katedra z szarego kamienia, piękna. Pierwotna romańszczyzna wyraźna wewnątrz, na zewnątrz ukryta jest pod barokowymi elementami architektonicznymi. Zachodnia fasada w remoncie. I znowu podróż na południe, by dojechać już do Portugalii. Dwa kolejne dni – cóż za ulga! – z noclegiem w tym samym hotelu, z wycieczkami krajoznawczymi po okolicach: niezwykle malownicze Porto, Coimbra ze starożytnym uniwersytetem – w deszczu, Msza św. w kościele Santa Justa. Następnego dnia zwiedzanie dawnego klasztoru templariuszy w Tomar i klasztoru w  Batalha, jednego z najwspanialszych przykładów architektury i sztuki gotyku w Portugalii. Na zakończenie dnia Msza św. portugalsko-polska w kościele sąsiadującym z naszym hotelem w Caldas da Rainha, obiadokolacja i ... bardzo krótka noc przed uroczystościami w Fatimie. W autokarze o 2.00, na placu przed bazyliką w przejmującym zimnie o 3.30, Msza o 10.00, potem gehenna przedzierania się przez tłumy do autokarów (organizacja „nieco” odmienna niż podczas Światowych Dni Młodzieży w Krakowie…), o której na szczęście zapomniało się szybko podczas popołudnia spędzonego w Nazare – malowniczej miejscowości nad Atlantykiem. Stare miasto położone jest na spektakularnej wysokiej i urwistej skale, zaś kurort z plażą dużo poniżej. Niedziela przeznaczona była na  Cova da Iria -miejscowość, gdzie urodziła się trójka Pastuszków: zwiedzanie domu Łucji, chatki Franciszka i Hiacynty, Msza w kościele parafialnym, gdzie Dzieci były ochrzczone, nabożeństwo Drogi Krzyżowej. Jej poszczególne stacje oraz Kalwarię wybudowali w Fatimie wdzięczni Węgrzy, poranieni uchodźcy Października 1956 r., dla których Portugalia otworzyła swoje granice. Po południu trochę przydługie kontemplowanie obu bazylik fatimskich – Różańca Świętego, konsekrowanej w 1954 r. i nowoczesnej budowli na planie centralnym z 2004 roku, u wrót której, dokładnie vis à vis starszego kościoła, zawieszony został gigantyczny różaniec, nocą emanujący światłem.

Po głębokich przeżyciach religijnych, przeżycie krajoznawcze, również mające coś  z mistyki: Cabo da Roca – najbardziej na zachód wysunięty, skalny punkt kontynentu europejskiego, skąd wedle słów naszego Przewodnika, wytężając wzrok można nawet dojrzeć „statuję” Wolności… Fale oceanu rozbijające się o skały daleko w dole, za urwiskiem ziemia porośnięta gęstym kobiercem sukulentów kwitnących jaskrawymi barwami. Góry, morze, ziemia i niebo połączone w tym jednym miejscu by wielbić ich Stwórcę. Ponieważ nasz ostatni hotel położony był bezpośrednio przy plaży, na zakończenie dnia jeszcze pozostało rytualne moczenie stóp w oceanie…

Urocza Lizbona to całodzienne pożegnanie z naszą podróżą, pielgrzymką, dwunastodniową małą społecznością, której charakter wspólnotowy pieczętowała codzienna Eucharystia, tu w kościele św. Antoniego (choć z Padwy, to z Lizbony, ponieważ w tym miejscu, parę kroków od katedry, urodził się umiłowany przez wszystkich Święty). Malownicze kręte uliczki Alfamy z tarasem, skąd widok na Monasterio São Vicente de Fora  i w dole Tag, szeroki przed swoim ujściem do Oceanu; przejazd Mostem 25 Kwietnia do górującej na drugim brzegu, monumentalnej figury Chrystusa; na koniec dzielnica Belem z jej zabytkami.

Rankiem pobudka 4:45 (nie jedyna tak wczesna podczas tej podróży…) i odjazd na lotnisko. Zmęczenie z powodu notorycznego niewyspania i serce pełne przeżytych cudów. Bogu niech będą dzięki za tę piękną pielgrzymkę i wszystkie łaski!